piątek, 9 marca 2012

marcowe przemyślenia

no tak. można się zastanawiać, co się zmieni, a co zostanie tak jak było. zwykle wyobrażałam sobie to inaczej. biega się po świecie, zdobywa wszystkie potrzebne przedmioty, wydaje mnóstwo pieniędzy, maluje ściany i dostaje wszystkich objawów szaleństwa. a my? szalejemy i owszem. rodzina i znajomi szaleją na punkcie przynoszenia nam przedmiotów. ja szaleję na punkcie męża. znajduję przyjemność w prasowaniu i pieczeniu, ale jest to dość specyficzne szukanie przyjemności. owszem prasuje jakieś przymałe egzemplarze odzieży dla kogoś, kto póki co wcale jej nie potrzebuje, a koszule męża leżą pogniecione, bo ja przecież robię coś innego. piekę trzy rodzaje ciast i ciasteczek, ale umieram z głodu, bo nic nie ma na obiad (a wychodziłam dwa razy do sklepu po składniki do wypieków). ja się pytam: kto w takim razie odpowiada za brak tego obiadu? czy mąż, który uprawia współczesną formę polowania, spędzając większą część dnia na zarabianiu pieniędzy ciężką pracą, abym miała za co zrobić zakupy i aby było za co mieszkać? czy może szalejąca na jego punkcie żona, której wszystko się pomieszało od tych zachodzących wokół i w środku zmian. ale przecież nie chodzi o szukanie winnych.

ech, zawsze tak się dzieje, zadzwonił telefon, odebrałam i już nie wiem co tu dalej za tą myślą się kryło. cóż mądrego, konstruktywnego i odkrywczego chciałam napisać. przejdę zatem do czegoś zupełnie innego, co przyszło mi właśnie do głowy.

otóż, po raz kolejny Szef zwrócił się z zaproszeniem, by go posłuchać. i nie tak, jak zwykle, pobieżnie, trochę myśląc o tym czy pranie już wyjęte albo czy zdążymy pojechać do kogoś w odwiedziny. tym razem znów zaprasza nas w nieznane, żeby trzy dni nie zajmować się niczym innym tylko słuchaniem. dom zostaje w domu. rodzina u rodziny. tylko ja i Wi.

słuchanie nigdy nie było moją mocną stroną. gubię się w wątkach, a kiedy się gubię to raczej nie myślę, że się zgubiłam. podążam nowymi ścieżkami zamiast iść po tej jednej, na której mam głośnik i słyszę jak iść. ale czas jest dobry do słuchania. wielki czas. z wielką na końcu nocą. która jawi  mi się jako coś fantastycznego. choć jednocześnie, z powodu wielkiej zmiany jaka zaszła grubo ponad pół roku temu napawa mnie owa tegoroczna noc pewnym lękiem, bo nie będzie tak, jak ja się już przyzwyczaiłam. będą inni ludzie, inne zwyczaje, mimo że w istocie nic się nie zmieni.
tak. tak właśnie odkryłam, że zgubiłam wątek, co jak widać zdarza mi się nie tylko podczas słuchania. ale  to moje pisanie jest chyba rodzajem słuchania siebie, więc kto wie, kto wie.

od dziś trzy dni posłucham. może uda się coś usłyszeć i będzie co przekazywać naszej niezwykłej wielkiej zmianie w środku.

aniele boży
chcę się położyć
by potem od rana
być zasłuchana

a nim zasnę dzisiaj
byś ty przy mnie przysiadł
przekonał że ufać
to też znaczy słuchać

niedziela, 4 grudnia 2011

a jednak

a jednak piszę. mało czytałam ostatnio, to i mało zdań się w głowie układa. tak to jakoś wszystko połączone.

zmienia się człowiekowi życie trochę. i podejście do niego. nic złego w tym nie ma. jednak jest inaczej. zaczynam się zastanawiać, jak to będzie za jakiś czas. co się stanie ze mną, co z Wi., jak to wszystko będzie wyglądało. i jak tak sobie już trochę po swojemu podramatyzuję, to się nagle okazuje, że nic złego się nie stanie. bo Szef obiecał przecież. bo jesteśmy już na zawsze ze sobą. i na dobre chwile i na te gorsze, i na czas i na brak czasu, i na głód i przejedzenie. wszystko jest już na zawsze i razem. i to jest naprawdę fantastyczne i doskonałe. może czasem inne wrażenie sprawiam na zewnątrz, wpadając w różne histerie. ale te histerie też są wspaniale usprawiedliwione. przecież to normalne, zupełnie naturalne. i że jak kot i że poranki nie pasują. to wszystko jest jak zawsze i od zawsze.

dziś akurat dużo tęsknię, bo jestem żoną na odległość. małżonek zdobywa wyższe wykształcenie w dalekim mieście. a ja, połechtana tym, że usłyszałam dziś na nowo, że niektórzy lubią czytać co piszę, napisałam. przyznam się też w sekrecie, że kilka dni temu, czytałam co tu przez te lata pisałam. i też lubię czytać co piszę. to pewnie jakiś skrajny rodzaj narcyzmu, ale podoba mi się to. tak na osłodę tego wszystkiego co mi się ostatnio nie podoba. na przykład, że spać nie mogę, a potem wstać. ech.

aniele boży
znów słowa chcę tworzyć
wnętrze swe badać
i zdania układać



czwartek, 18 sierpnia 2011

litery spłynęły z mej głowy potokiem

Szef za pośrednictwem powiedział jak jest naprawdę.
nie jestem dobrą żoną. i wcale jeszcze długo nie będę najprawdopodobniej. bo to jest długa droga pod górę, ale najlepsze widoki są dopiero ze szczytu. a teraz to przez las i od czasu do czasu jakaś polana, to sobie można popatrzeć, że może i ładnie. ja nie wiem, może przesadzam, ale u nas sporo tej polany, bo widoki całkiem fajne.
inna sprawa, że poranki bywają paskudne, bo ja naprawdę nie znoszę wstawać. pierwsze godziny dnia są dla mnie czasem męki. przechodzenia z błogostanu, fantastycznego świata sennych marzeń do okropnie twardej rzeczywistości. oczywiście, można sobie narzucić, że trzeba wstać tak po prostu, do pracy, do życia w ogóle. tylko ja mogę narzucić sobie wieczorem, a rano, zanim sobie o tym przypomnę, to już mija tyle czasu, że wszystko w łeb bierze.
ale choć w łeb biorą założenia dnia poprzedniego, to odkrywam, jak bardzo lubię być w domu. i jak bardzo bym chciała, już po studiach i po stażach, po prostu być w domu. Nic mi tak nie sprawia przyjemności, jak wyjmowanie ciasta z piekarnika, gotowanie obiadu, planowanie jakie składniki kupić, żeby przygotować coś przepysznego i jakich jeszcze sprzętów użytku domowego nam brakuje i co bym chciała mieć.
o tak, wbrew trendom marzę, by zostać pełnoetatową kurą domową!

aniele boży mój stróżu domu
marzeń mych zabrać nie pozwól nikomu
i szepnij w niebie do Szefa ucha
że żar mych pragnień z ducha mi bucha
i piec i gotować tak bardzo bym chciała
i książki mężowi bym pięknie czytała
posprzątam i zadbam o dom nasz małżeński
a dokąd nie stanie się to będę tęsknić
jak za niczym jeszcze, no może za mężem
by dojść do tej roli me siły wytężę
i kurą zostanę, kurą domową
pomocą dla męża chcę być wystrzałową
a kiedy zabrać mnie na randkę zechce
mą kobiecą duszę ta wizja połechce
i spełnię swą rolę tak jak należy
Szef spełni marzenie, muszę mu wierzyć





piątek, 17 czerwca 2011

niedoczas 8 ∞

cierpię na niedoczas. mam czasu niewiele. zostało dni 8. ile to osiem dni. oktawa. za osiem dni będę żoną. poważną kobietą. usłyszałam niedawno, że dojrzewanie to decyzja: dojrzewam. i już. od momentu jej podjęcia, życie staje się inne. dojrzałe. robię to zamiast tego. nie robię tego, bo coś. to niezwykłe. tak wspaniałe. jeszcze trochę i będę żoną mojego ukochanego Wi. już nie mogę się doczekać, to będzie piękne, mieć tyle czasu ze sobą. mieszkać razem, być razem, wracać do domu, gdzie czeka mąż, lub czekać na niego aż wróci. ach. wiem, że życie małżonków to nie same wzloty, uniesienia i przyjemności. ale to jest tak wspaniałe, niezwykłe i boskie, że czekam na to i te osiem dni, ta ósemka, przewraca mi się ze zniecierpliwienia i staje się znakiem nieskończoności. za 8 dni bowiem z pary narzeczonych, staniemy się małżeństwem, na zawsze, na wieki wieków, amen.

piątek, 20 maja 2011

być mną być urwisem

mam plany i marzenia, mam myśli w głowie i chęci do przekucia ich w słowa zapisane.
mam paskudny charakter pisma. jest leniwy i niechlujny. nie chce zapisywać tego co trzeba. myli litery, nie dodaje znaków interpunkcyjnych tam, gdzie powinien je dodawać.
przechodzi zbyt płynnie do kolejnych wątków. ale jest. w różnego typu maszynach do pisania(wliczając edytor tekstu na macbooku) nabiera sobie tylko właściwej cechy nieużywania wielkich liter, z wyjątkiem "Szefa" i większości inicjałów. to jego osobista cecha. nikomu innemu nie pasująca tak dobrze. cieszę się, że jakikolwiek charakter moje pismo posiada.
ja też sama w sobie może wspaniałego charakteru nie mam, ale pozwala mi on na bycie sobą. nie kimś innym, właśnie mną. nie inną, nie lepszą, nie gorszą - mną, która za 36 dni wejdzie w niezwykły związek. złączy swój charakter z jego charakterem. związek ten połączy więcej niż charaktery. połączy nasze historie i stworzy z nich jedną. połączy moje imię z jego nazwiskiem, co będzie zmianą widoczną w papierach, to będzie tak namacalna zmiana, że aż nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. z urwro stanę się urwis. tak wychodzi z pierwszych sylab.
urwis, hm... ananas, ancymon, gagatek, gałgan, hultaj huncwot, łobuz, łobuziak, nicpoń, ziółko, psotnik. oto czym się stanę po wejściu w związek, wyjściu z domu rodzinnego.
ale przede wszystkim będę przecież żoną i to tego najbardziej nie mogę się doczekać.

mój charakter pisma, znów przeszedł z wątku do wątku i ja sama się w tych wątkach zgubiłam. ja urwisem dopiero będę, a moje pismo chyba już nim jest.

środa, 18 maja 2011

piszesz - masz

ledwie napisałam o moich marzeniach dotyczących czytania i mózg zadziałał. przypomniał sobie o mojej karcie do biblioteki, wysłał sygnał, gdzie jej należy szukać i oto mam! znalazłam! wypożyczyłam 2 książki dla siebie(jedna po polsku, jedna po angielsku! tak! jak będę duża zostanę poliglotką!), jedną dla Wi. i jestem szczęśliwa.
mam książki, mam rozpoczętą historię z sukienką, mamy zaproszenia. już nawet niektórych zaprosiliśmy.

środa, 11 maja 2011

chcę czytać książki.

marzy mi się:
znów dużo pisać.
czytać książkę tygodniowo
myśleć o wielu rzeczach, a nie o jednej sprawie.
mieć już za sobą trzy loty samolotem.

mam 4 niedokończone książki uporczywie spoglądające na mnie gdy tylko wchodzę do pokoju. nie licząc tych setek, może wręcz tysięcy stron lektur na ćwiczenia i egzaminy, od których chciałabym trochę uciec, ale z drugiej strony czytam, bo lubię czytać, a to przynajmniej jakieś zastępstwo ciekawych historii. choć ja bym chciała tak spokojnie, w fotelu, z ciastkami i herbatą. przenosić się w inny świat niż podstawy fascynującej ekonomii (napisane swoją drogą przez tak do tego entuzjastycznie nastawioną panią, że nawet przez chwilę miałam ochotę na czytanie tego) czy świat bardzo logiczny gdzie jeśli gosia jest niewysoka to pójdzie na randkę z przystojnym heniem i będzie zadowolona albo pójdzie na randkę z przystojnym heniem i nie będzie zadowolona, bo nie jest niewysoka. dużo zajęć dziś. to dobrze. przyda mi się.

aniele boży stróżu mój
ty wiesz, że lubię czytać
znajdź książki dla mnie - liter rój
lub zdradź kogo popytać
gdzie słów najlepszych będzie w bród
co w zdania są składane
i w głowie stają się jak miód
gdy na głos są czytane



środa, 13 kwietnia 2011

czytam, piszę, piekę, załatwiam

na nowo lubuję się w czytaniu. tygodników najchętniej. bo ostatnio już jakoś podupadała moja zdolność czytania, po kilku zdaniach każdy tekst mnie nudził. bałam się wręcz, czy to nie jakaś poważniejsza sprawa, na przykład alergia na czytanie, nie daj Boże.

kiedy odżyły litery już napisane, zaczęły się w głowie kłębić zdania, okrągłe, kwadratowe, złożone i proste. szykowały się długo, ale ułożyły się w mało atrakcyjny tekst, który jednak jakoś tam pomoże niejakiej K. spełnić swoje marzenie o własnej działalności.

oczywiście, jak to zawsze bywa, kiedy biorę się za niezwykle ważne do pisania rzeczy, opatrzone nieprzekraczalnym deadline'em, z kuchni zaczynają po kolei wołać mnie poszczególne składniki nieupieczonych jeszcze ciast czy chlebów. tak skradają się po cichu, wplatają się między moje piszące palce i wstukują w wyszukiwarkę adresy stron z przepisami. tak zwiedziona, stworzyłam dziś 16 bułeczek i chleb. a wieczorem zamierzamy z Wi. stworzyć jeszcze muffiny.

kiedy piekę, czuję się jak prawdziwa pani domu. choć tego w którym mieszkam obecnie nie jestem panią, to wiem, że to preludium. już za 72 dni będę ślubować uroczyście, że będę piekła bułki, dbała o domowe ognisko i uzupełniała szafkę ze słodyczami. oczywiście, choć każdy by chciał, ojczyzna nasza państwem wyznaniowym nie jest. żeby wziąć ślub zgodnie ze swoją wiarą a w oczach państwa też stać się małżeństwem, należy uiścić opłatę oraz podpisać sto cztery papierki. wybrać nazwisko, sobie i dzieciom, pomarudzić, że struktury mojego wyznania nie są tak wyposażone jak urząd stanu cywilnego i nie może za pomocą komputerowej bazy danych ściągnąć z 2 parafii zaświadczeń o naszych chrztach. dlatego załatwiania dziś ciąg dalszy.

Michale Boży Archaniele
załatwiania jest tak wiele
w twej parafii w aktach leży
chrztu świadectwo jak należy

idę je odebrać. o.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

życie według kalendarza

nie wiem w co włożyć ręce. tyle biegania, a ręka w nocniku. i tak co rano. ojej, znów nie zdążyłam. obiecałam, nie zrobiłam. spotkajmy się, bądźmy w kontakcie, umówmy się.
a ja bym się umówiła na tydzień bez planu. mam i tak dużo szczęścia, że pomijając plan zajęć na uczelni moje plany z kalendarza są dość elastyczne i nie umierają przy 10 minutowym spóźnieniu. jak powiedziała Ju. jak się ma moleskina to od razu ma się wenę. pomyślałam wtedy, że taką chyba do zapisywania każdej wolnej linijki w kalendarzu, co skutkuje brakiem czasu na cokolwiek. a teraz myślę, że weny trochę jednak pozbawia. i uzależnia od tych kolorowo zapisanych kartek. moje cienkopisy powoli przestają nadążać za moimi planami. Szefie, mówiłeś, żeby nie planować. ale te moje plany to nie oczekiwania i projekcje. to raczej próba organizacji czasu. bo oczekiwania muszę zostawić. z boku lub z tyłu. oczekiwać będę później, w wolnej chwili. teraz bowiem oczekiwania moje mogłyby mnie zawieść. zawiodłyby moje zaufanie lub zwiodły na manowce złego samopoczucia. tak, zdecydowanie. oczekiwaniem zajmę się za jakiś czas. na pewno po przygodzie z szyciem kreacji. nie chcę oczekiwać. właśnie po to by nie zostać zwiedzioną na pola niezadowolenia.
kolejny raz miałam iść wcześniej spać, według kalendarza. wstawać wcześnie. kłaść się wcześnie. wstawać wcześnie. i tak w kółko, zdrowo, pięknie. ale dziś tak idę i idę, od 3 godzin gotowa do spania, wciąż znajduję nowe rzeczy do natychmiastowego załatwienia. ale tym razem na dobre, obiecuję. idę spać. i wstanę rano, położę się wcześnie, żeby wstać rano, potem położyć się wcześnie... dobranoc.

w tiulu utonę aniele boży
bo będzie pani sukienkę tworzyć
i do tworzenia tiulu użyje
z niego w większości sukienkę uszyje.

środa, 23 marca 2011

szykujemy się, szykujemy.

och dzieje się dzieje. w poprzedni weekend miałam okazję dużo słuchać. to niezwykłe doświadczenie. świat który krzyczy, często powoduje, że zamykam się na słuchanie, a jednak - udało się. zasłuchana wróciłam do domu, a dziś, po kilku dniach mogłam znów posłuchać. razem z Wi. słuchaliśmy o tym, co jest ważne dla nas, na dziś i na przyszłość. bo za 94 dni zacznie się nasza zupełnie nowa, wspólna przyszłość. warto, żebyśmy już wcześniej mieli jakieś pojęcie o tym, w co się pakujemy. żeby nie skończyło się na jednym weekendzie i jednej środzie już w sobotę zaczniemy intensywny dwudniowy kurs, takie szkolenie z Szefem, na którym będzie nas uczył, czego możemy się spodziewać, a co powinniśmy dać od siebie, żeby to nasze wspólne życie miało ręce i nogi. jak już się dowiedzieliśmy, nogi będą trzy. żeby nie stracić równowagi.

wcześniej miałam już trochę przygotowań, natury bardziej materialnej. z bardzo pomocną J. i dość sceptyczną mamą, odwiedziłyśmy 5 lub 6 przybytków z sukienkami. dawno już nie miałam okazji pomachać tyle rękami, a już na pewno nigdy wcześniej nie miałam okazji mierzyć tylu sukien. to przymierzanie miało na celu powolną eliminację wielu pomysłów, których w głowie, jak się okazało miałam milion. myślałam, że nie mam pojęcia w co się ubrać, ale wyszło na to, że miałam dużo koncepcji, z których stworzyłam sobie w głowie jakiś obraz. ostatecznie to, co teraz jest coraz bliżej realizacji, z tym obrazem ma niewiele wspólnego. to bardzo budujące doświadczenie, zwłaszcza przed ślubem, nauczyć się rezygnować z własnych planów, jednocześnie nie rujnując swoich marzeń. też fantastyczne jest widzieć, że z pomocą innych, w tym Szefa, można naprawdę tworzyć wspaniałe pomysły, i dążyć do ich zmaterializowania.
powoli zaczyna się klarować, jak będzie wyglądać pewna panna młoda za 3 miesiące, co naprawdę bardzo mnie cieszy.

w biel pięknie ubrany aniele boży
już wiem co w dniu ślubu na siebie mam włożyć
też będzie biało i będą kwiatki
na ręku i włosach u przyszłej mężatki





wtorek, 15 marca 2011

w marcu jak w garncu. rymowanka to słaba.

po pięknym weekendzie, pełnym słońca i emocji nastał tydzień. znów zamiast zaczynać pogodnie każdy dzień jeszcze przed świtem, zamiast zanurzać się w głębiny poznania już późnym przedpołudniem, zamiast jeść obiad po południu i kłaść się spać z kurami przyszedł tydzień niewypełnionych planów. bo tak to jest z planami. jak chcesz po swojemu to ci się kłody pod nogi, odcisk na kciuku i oczko w rajstopach. zawsze. niezależnie od sytuacji. i jeszcze tulipany zwiędły. i roboty tyle, że aż odwrotnie proporcjonalnie układają się chęci i motywacja.

aniele boży
niech się ułoży
w przecudną całość
ma wielka małość

niech będzie wokoło
wszystkim wesoło
i mi oraz wiś
daj uśmiech dziś

niedziela, 6 lutego 2011

słońce

od rana świeci słoneczko. humor jest dobry choć w dzień wolny mnóstwo do roboty. pisać na zadane tematy się nie chce, a o słońcu proszę bardzo. mogę wierszem i na wspak. ecńołs. to naprawdę miły moment taki słoneczny dzień.

w lutym słońcem
dni pachnące

jak wiosennie ślicznie świeci
cieszą mordki wszystkie dzieci
cieszą mordki skaczą w górę
już żegnają dni ponure


poniedziałek, 31 stycznia 2011

smutki

to trudne. kiedy wszystko idzie wspaniale, a mimo to budzisz się z takim smutkiem, który przeszywa na wylot. takim, który nie wiadomo skąd się wziął i sprawia wrażenie, jakby chciał zostać na długo. kiedy sprawy idą źle, wtedy smutek jest zrozumiały. kiedy dzieje się coś przykrego, łzy są czymś zupełnie naturalnym, czymś właściwym, pozwalającym na oczyszczenie. w tym przypadku jednak, gdy w gruncie rzeczy wszystkie sprawy idą lepiej, niż można by sobie życzyć- to jest po prostu trudne i niezrozumiałe. mam wszystko to, o czym wiele dziewczyn na moim miejscu marzy. nie mówię o tym, że mam dach nad głową, własne miejsce w domu czy jedzenie. mam rzeczy nadprogramowe. mam Wi., mam datę ślubu, mam gdzie po ślubie z nim mieszkać. mam świetne warunki do nauki w kierunku, który mi się podoba, który jest związany z tym, co chcę robić w przyszłości. żyją moi rodzice, mam rodzeństwo. mam rzeczy materialne, które ułatwiają życie.
nie wiem skąd ten smutek. nie rozumiem go. Szef nie uprzedzał, że coś takiego przyjdzie. zaczął nagle spełniać wszystkie moje marzenia i nagle, nie odbierając mi ich, dopuścił smutek. płacz, jakiego dotąd nie znałam. bez przyczyny. nawet tradycyjne trudne dni, nie mają z nim nic wspólnego. chciałabym beztrosko śmiać się, chodzić na spacery, robić głupie rzeczy. czuję jednak, że to nie jest możliwe. że już długo będę smutna. nie piszę, że zawsze, bo boję się tego, że moje słowa mogą mieć jakąś moc sprawczą.

chciałąbym być zrozumiała. gdzieś w środku mam świadomość swojego szczęścia. kocham, jestem kochana, wiem, że Szef się troszczy i ludzie, z Wi. na czele też się troszczą. ale uśmiech się gdzieś zgubił. podejrzewam, że to zimowa utrata zdolności do uśmiechu. ale może jeszcze przed wiosną wróci ta zdolność? chciałabym.


aniele boży, smutna ulinka
jak z zapałkami biedna dziewczynka
zimno jej w zimie, słońca za mało
serce ulinki śmiać by się chciało

a śmiać się nie umie, łzy tylko płyną
smutną się staje ulinka dziewczyną
z dnia na dzień bardziej humor się psuje
niech anioł przyjdzie i uratuje

bo uśmiech ulince bardzo potrzebny
choć nie uważa by płacz był haniebny
lecz bez przyczyny jest niezrozumiały
aniele daj mi choć uśmieszek mały

poniedziałek, 3 stycznia 2011

panna ulala

będę panną jeszcze tylko 172 dni. to miłe wiedzieć, że za niecałe pół roku, będę miała męża. człowieka, z którym nie planuję się rozwodzić, rozstawać ani nawet nie mam w planach robić mu karczemnych awantur o bałagan czy za granie w jakieś głupie gry lub spóźnienia na obiad.
bo zdaję sobie sprawę, że ta decyzja o ślubie nie jest próbą załatwienia sobie jakiegoś "długo i szczęśliwie" z ograniczoną odpowiedzialnością. aż mi nie nadepniesz na odcisk. a jak nadepniesz to zabieram swoje zabawki i idę na inny plac zabaw.
mi się to jawi jako wejście w nowy wymiar, gdzie wszystko znajdzie się na nowym miejscu, będzie wszystko inaczej i wszelkie założenia że będzie tak i tak, ja będę robić to, a ty będziesz zmywać, nie mają większego sensu. wiem tylko, że Szef już zadbał dawno o to, żeby było dobrze. żebyśmy byli przyzwoitym małżeństwem, które zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości, ale dba o to, by mąż i żona czuli się dobrze, bezpiecznie i na swoim miejscu. i gdzie można codziennie ślubować miłość, tej miłości się uczyć (w nowej wersji) i tę miłość dostawać i odwzajemniać.

a ze spraw bardziej bliskich teraźniejszości to minęły święta. po świętach dałam sobie utoczyć trochę krwi do badania w tym pierwszym ze 172 ostatnich dni mego panieństwa, a mój kawaler wkrapla sobie w zbolałe spojówki jakieś krople. moje ostatnie miesiące panieństwa to w ogóle pasmo badań i zdrowotnych stresów. już chyba kiedyś o tym wspominałam, ale moje hipochondryczne ja czuje się jak w siódmym niebie. choć gdzieś w środku to wolałabym, żeby czuło się nie tak świetnie.

aniele boży
nie bądźmy chorzy

wtorek, 9 listopada 2010

pracy! chcę pisać. co prawda mam okazję, ale zadania domowe to nie to samo. niby też zadany temat, niby określona ilość znaków i dedlajn. tylko zapłata o nominale od 2 do 5 mnie przestała dawno kręcić. ja naprawdę mam znowu fazę na kuchnię i pracę. chcę gotować i pisać. i piec. wczoraj upiekłam bułki. czekam na Wiś i będę redagować. wywiad cudzy mam przerobić na swój. czego oni mnie uczą na tych studiach...?

sobota, 18 września 2010

samotna samosia

samodzielność mi nie służy. ściąga na mnie jakieś okropne wydarzenia. zwierzę mi się omal nie przekręciło, a oczywiście w pierwszej chwili znikąd pomocy. i jeszcze się okazało, że jestem chorobliwie zazdrosna. o to, że ktoś tam jest, widzi, może (o zgrozo!) dotknąć nawet, a ja tu się mogę domyślać. o czym rozmawia, co je, czy jest zadowolony, czy mu ciepło, czy ma szalik, bo zimno, a przecież gorączka. pewnie się nauczę, ale to strasznie trudne, być narzeczoną na odległość. pewnie bycie narzeczonym też nie należy do najprzyjemniejszych, gdy się jest daleko. ale jakoś mnie to słabo pociesza, bo jeszcze bardziej się martwię, że jemu jest też smutno lub przynajmniej nieswojo.
przestałam ufać, że Szef prowadzi. na szczęście to nie sprawia, że nie prowadzi. dobrze, że prowadzi nawet jak mu nie ufam do końca. ale chcę ufać, bo wtedy jest prościej. wtedy jestem dzielna.

aniele boży
stróżu uli
spraw by wrócił
i przytulił


nowy etap

wchodzę w nowy etap. muszę nauczyć się samodzielności i organizowania sobie czasu. w co któreś weekendy bowiem będę samodzielną narzeczoną, jejku jaka ja jestem z niego dumna z tego mojego Wi. kochanego! no i od poniedziałku do piątku będę w ogóle samodzielna, bo przecież ja też muszę być dorosła, poświadczyłam przecież świadectwem dojrzałości. poprzednio, dwa razy nie zdało to egzaminu, ale może do trzech razy sztuka, a za trzecim razem złote jabłko? nigdy nic nie wiadomo. jazda na warszawską pragę jakoś mnie nie zachwyca, za to wypasionym budynkiem (jak przystało na dziewczynę gadżeciarza) się jaram! ach, jeszcze się trafi nowoczesny tramwaj, który mnie tam będzie woził w godzinach szczytu i będę na szczycie marzeń!

i się jaram panią laurą.
tutaj o

aniele stróżu
otrzep znów z kurzu
mój zapał
co chrapał
niech będzie już duży
niech śpiąc się nie kurzy


środa, 15 września 2010

dopomóż

zaleca się odpoczynek. w zmęczeniu "nicnierobieniem" polega on na działaniu, wczesnym wstawaniu i zapełnianiu sobie dnia do granic kartki w kalendarzu. zmęczenie "nicnierobieniem" jest gorsze od zmęczenia konstruktywnymi zajęciami. zwłaszcza, jeśli istnieje podejrzenie, że kryją się za tym jakieś zdrowotne, podjudzające organizm do zmęczenia przyczyny. ale przeświadczenie, że mogę jakoś pomóc Wi. wstając rano powoduje we mnie wzrost radości porannych i subiektywne przedłużenie nocy. w praktyce wygląda to tak, że budzę się co godzinę i myślę, że przespałam już odpowiednią ilość godzin i teraz trzeba wstać, choć za oknem ciemno, cicho i czwarta rano. doczekałam do ósmej. wstałam radośnie, przebudzona przez wspomnianego telefonicznie.
teraz idę zanosić prośby i błagania.

piątek, 6 sierpnia 2010

potrzeba szaleństwa

odnajduję sporą frajdę, w ubieraniu się na różne dziwne sposoby. mieszam dodatki w sposób niedopuszczalny zupełnie. zakazane połączenia, obciachowe, dotąd ukryte torebki. nie mam pojęcia co mi się stało. obudziłam się wczoraj i zapragnęłam odzieżowego szaleństwa. to działa. na zmartwienia. na kłopoty. no i takim kolorowym strojem zamierzam zachwycić mojego kochanego siostrzeńca w dniu jego trzecich urodzin. złote blink blink i tęczowe koraliki na pewno przypadną mu do gustu. jak nie jemu, to jego małej siostrzyczce.

aniele boży stróżu mój
kolorowy jest mój strój

piątek, 30 lipca 2010

przegląd techniczny

doktoruję się na wszystkie strony, badam organizm, szykuję się na coś.
w oczy zajrzeli, orzekli, że leniwe. też mi nowość. jak cała jestem leniwa to trudno, żebym nagle miała oko pracowite. ale trzeba je zagonić do roboty. będę jednym okiem patrzeć, godzinę dziennie. ciekawe przez ile wytrzymam. jak nie wytrzymam to za trzy miesiące usłyszę: a chce pani za 3 lata jeszcze cokolwiek widzieć?
zęby też leczę, nadrabiam zaległości. ależ ja lubię to siedzenie bezmyślne, z rurką do odsysania śliny w ustach i szczęką na popiersiu. lepiej mieć zdrowe zęby podobno. nie wiem po co, bo i tak mi w nie nikt potem nie zajrzy, bo się darowanemu nie zagląda.
jeszcze paru specjalistów i mi wydadzą może jakiś papier, że się nadaję. przyda mi się, na poprawę humoru.
ostatnio spacerujemy sobie z Wi. na rowerach, albo i bez rowerów. i jest dobrze. naprawdę dobrze. to cudowne. od nowa ciągle się zachwycam. przeżywamy nowe rzeczy. zmęczenie wysiłkiem włożonym w rowerowe przejażdżki, radocha ze spalonych ciasteczek, wspólne robienie zupełnie różnych rzeczy. tzn to ostatnie to dziwne pojęcie, nawet dla mnie. chodzi o to, że symultanicznie każde z nas zajmuje się czym innym, ale przez to, że jesteśmy obok siebie każdą z tych rzeczy robimy wspólnie, choć bez czynnego udziału. pogmatwane.
liczy się to, że jest nam dobrze.

aniele boży dzielnie pilnujesz
bym miała czego potrzebuję
i za to bardzo dziś dziękuję
jak się odwdzięczę, to mnie frustruje

anioł powiada bez odwdzięczania
wystarczą twe opowiadania
twój potok liter złożonych w zdania
a w zdaniach zgrabnie ukryte pytania




czwartek, 15 lipca 2010

upał

jest tak gorąco, że topią mi się w głowie słowa.

czwartek, 17 czerwca 2010

oddanie

rodzice moi oddali Wiś. moją rękę. konkretnie chyba wszystkie ręce. także zmieniła się trochę sytuacja. wiedeńska albertina to niezłe miejsce, są tam szczury, chyba że ichnie jeże mają długie ogony.

aniele boży
na palec mi włożył
chłopiec świecidełko
które skrywało
czerwone pudełko

poniedziałek, 31 maja 2010

w ostatni dzień maja o szyby dzwoni deszcz jesienny

chcę się cieszyć, ale mam natłok złych myśli. zauważyłam, że pochwalenie się marzeniami to tak jakby podpisanie ich aktu zgonu. i to mnie nie zachwyca zupełnie. nie usamodzielnię się jeszcze jakiś czas, choć takie było marzenie. dodatkowo jakieś dziwne sny potęgują smutek mojego beznadziejnego stanu codziennego zawieszenia między godziną 9 a 17. a pogoda, lepiej nie mówić. nawet mój płaszczyk przeciwdeszczowy przywodzi mi na myśl kolejne niepowodzenie, związane z osobami, które były w grupie ofiarodawców. zaczęłam smutno. to dlatego, że gdy piszę, poprawia mi się humor i żywię głęboką nadzieję, że przy końcu tego tekstu będę już zupełnie gdzie indziej. w innych rejonach swojej świadomości. mam tyle pozytywnych rzeczy, którymi powinnam się cieszyć, i którymi cieszyć się będę, to pewne, tylko potrzeba mi jeszcze trochę czasu. tyle dobrego. dobra książka, dobra kawa, dobry wyjazd do miasta mozarta, dobre chwile z Wiś. myśl o Wiś. i już jestem gdzie indziej. wiedziałam, że pisanie to dobry pomysł!

aniele boży
daj proszę wytrwanie
w oczekiwaniu
na zmartwychwstanie

umarły marzenia
lecz wierzyć chcę bardzo
że gdy się pomodlę
przeczucia się sprawdzą

i tak jak obiecał
i tak jak pokazał
Szef nie pozwoli
by zły - sen mój zmazał

a wtedy powstaną
marzenia me z martwych
jak uczą o tym
pism świętych karty

ktoś powie może
marzenia nie człowiek
duszy nie mają
li sen kradną z powiek

lecz jeśli mogą
do nieba prowadzić
to wierzyć mogę
że tak poprowadzi

po zgonie marzeń
Szef ich wędrówkę
że wróci myśl miła
w pustą mą główkę




wtorek, 18 maja 2010

dżuma narzekania

wściekłość mnie całą wypełniła od środka. i jakiś smutek. nie chcę już więcej mówić, że nie lubię twojej pracy. bo ty też nie chcesz tam siedzieć. też nie lubisz tej baby co nad tobą stoi i mówi, że masz coś zrobić na wczoraj, i że nie wyjdziesz teraz, bo nie skończone.
ale jest mi smutno. pójście do opery to nie po protu pójście do opery.
urok polega na tym, żeby iść powoli, spacerem, może przez park saski, a może inną drogą. może po drodze usiąść na kawę w jakimś miejscu. i nie muszę być mega elegancka, ale w dżinsach to mi się jakoś nie uśmiecha, a żeby tam dojechać szybko, skuterem to spódnicy nie włożę, bo nie da się jeździć w moich spódnicach na skuterze. to dlatego nie chce mi się już tam iść, zanim wyszłam z domu. tym bardziej może dlatego, że bizet mnie nie zachwyca. nie poradzę. nie zachwyca. jestem niewykształconą ignorantką, interesuje mnie tylko to, co czytam i to co piszę. czytanie i pisanie. słuchanie tylko tego co sama sobie wybiorę.
ale ponieważ jesteś dla mnie ważny, włożę teraz dżinsy i pójdę tam na przystanek i poczekam na ciebie. pojedziemy do opery, spędzimy miły wieczór. będziemy patrzeć z wyższością na tych, co będą nas obcinać wzrokiem, oburzając się za nasz strój.

aniele boży za nastrój mój
winę zrzucam na strój mój
wpływ ma na mnie to
gdyż jestem kobietą


wtorek, 11 maja 2010

bolesne zderzenie

nie chcę się porównywać do Tego, który to powiedział, ale naprawdę czuję bolesną prawdziwość zdania: żaden prorok nie jest mile widziany w swej ojczyźnie. nie mam może profetycznych skłonności, ale to trochę taka metafora. lepiej widziani w mojej ojczyźnie byliby prawnicy, lekarze, ewentualnie świetnie zarabiający finansiści lub nieco generalizując - osoby na etacie, choćby i za półdarmo, ale na etacie. umowa o dzieło, choć z mojego punktu widzenia super opłacalna, jest przez rodaków bagatelizowana, zwłaszcza, że to dzieło to takie byle co i lanie wody o niczym ważnym. jestem wdzięczna, że mogłam dziś parę pozytywnych słów na temat mojego lania wody usłyszeć. jestem wdzięczna, że są pewne osoby, które widzą więcej niż mi się wydaje, że widać. czasem nawet widzą więcej niż ja mogę widzieć, bo mają inną perspektywę. naprawdę jestem wdzięczna, że ten ich punkt widzenia mogłam poznać akurat przed punktem widzenia mojej ojczyzny.
to niesamowite, że właśnie gdy uświadomiłam sobie sens tego, że piszę(nie chcę chyba jeszcze wypowiadać się o sensie tego co piszę), to osoba która powinna być bliska, nazywa to moje pisanie niczym ważnym i marnowaniem życia. to nie jest łatwe. przeczytała jeden artykuł. że piszę coś poza tym, wie, ale chyba w ogóle nie traktuje poważnie, czytać nie chce, pisałam kiedyś do szuflady i nieopatrznie z tej szuflady kiedyś coś jej pokazałam, licząc na konstruktywną krytykę i usłyszałam tylko coś w tonie: "trzeba wytrzeć żyrandol z kurzu i odkurzyć za pralką, bo do mnie goście, a ty tracisz czas".
naprawdę wiem, że chcę pisać. nie wiem czy chcę kiedyś, z tego pisania od serca i nie na zlecenie, mieć pieniądze. byłoby na pewno miło. na razie jednak piszę dla siebie, korzystam ze mojej, jak to miła osoba wieczorem mi powiedziała umiejętności wyrażania tego, co myślę przy pomocy pisania.
i naprawdę mnie boli, że są tacy, którym nie zależy na tym, żebym swoją (no cóż, mniej patetyczne słowo nie przychodzi mi do głowy) pasję pielęgnowała. może to jest właśnie mój talent, którego nie powinnam zakopywać.

nieco fatalistyczny wiersz do anioła.

aniele boży powiedz mi szczerze
czy talent w który wciąż słabo wierzę
ma szanse dać innym radości więcej
gdy kiedyś w końcu trafi w ich ręce

czy zawsze będę chować swe słowa
bo straszna mi będzie krytyczna mowa
czy zdążę usłyszeć jesteśmy dumni
zanim pisanie me wsadzą do trumny

aniele boży wizje mam smutne
lecz żywię nadzieję że wizje te utniesz
poprosisz Szefa i zwyczajem swoim
On dla mnie z miłości złe lęki ukoi

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

jak to jest?

[należy czytać przy konkretnym akompaniamencie muzycznym http://www.youtube.com/watch?v=b1IxziS2PpY&feature=related ]

siedzę chorobowo w moim małym pokoju, gdzie wszystko jest takie jak chciałam, żeby było. meble, w większości kupione za własne pieniądze, krzesło ze starego domu dziadków, fotel z mieszkania z dzieciństwa. wymarzone lustro, zaprojektowane przeze mnie kiedy miałam 11 lat. korkowa tablica z różnymi dziwactwami, które przypominają o miejscach, ludziach. kalendarz ze zdjęciami autorstwa siostry Wiś., z jego pomocą zrobiony, a obok mądrości kaczki katastrofy i psa pypcia w kalendarzu pana kuleczki. brzozowy pojemnik na długopisy dziadka, biało-niebieska puszka siostry, którą po latach podkradania w końcu od niej dostałam. książki moje i nie moje, przeczytane i te, które czekają aż je skończę lub zacznę czytać. nienakręcony głośno tykający budzik i zegar chodzący wstecz. filmy, płyty, sukienki na wieszaku, a w wazonie piękne żółte tulipany od ukochanego mego -Wiś.
patrzę na to wszystko i zastanawiam się, jak to jest, że zawsze czułam się tu źle. zawsze było coś nie tak. a to nieszczęsne wbrew mnie podwieszone pod sufitem szafki. a to znowu łóżko zwykłe podczas gdy wolałabym rozkładaną sofę. że narzuta na łóżko mi do niczego nie pasuje, a pościel jakaś taka jest zawsze smutna, stara i sprana. że od 3 czy 4 lat wciąż nie mam rolet w oknach, czy drewnianych żaluzji, o których zawsze marzyłam, a mimo to jakoś sobie radzę. jak to jest, że na oknie od ponad roku, nie umarła mi żadna roślinka, choć zwykle nie wytrzymywały ze mną nawet dwóch miesięcy, a tymczasem 9 doniczek wciąż prowadzi własne życie, wspomagane przeze mnie tylko nieregularnymi dawkami wody.
wszystko jest jakieś takie znośne. ba, jest wspaniałe. zapchany nos nie jest w stanie mi popsuć humoru, a sms jak zawsze przychodzi, gdy wyczekująco biorę telefon do ręki, żeby sprawdzić czy nic nie przyszło.
jestem szczęśliwa.

aniele boży jestem tak szczęśliwa
że mi się rymy przestały układać

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

światło

poleciały lampiony dla tych co zginęli. polecą dziś następne.
to nie łatwe. potrzeba dużo ciepła w zimny wieczór by uniosło taki lampion do nieba. gdy jest już tak daleko, że zdaje się być jedną z gwiazd, światełko przypomina, że trzeba być ciepłym by dojść daleko. nie można nieczule i bez uczucia osiągnąć zbyt dużo. tak mi się przynajmniej zdaje.

aniele boży daj mi znów
ciepłe uczucie do pisania
bo poprosiła "popisz" ania
i tematów mam jak psów

a czasu tyle co kot napłakał

a adekwatnie do wydarzeń poza ślubem radosnym i weselem z ostatniej soboty to przyszło mi do głowy że anioł jest chyba najlepszym adresatem.

w żałobie kraj aniele boży
sędziwych lat chciał każdy dożyć
a jednak plan dla nich był inny
nie chcę się smucić ni szukać winnych
niech da im Bóg wieczny spoczynek
niech ukoi serca matczyne
tym co swe dzieci żegnać muszą
i tym co ojców pożegnali
niech Ojcem będzie nie z oddali
lecz bliskość Bożą niech zawsze mają
też ci co w Niego nie dowierzają

środa, 17 marca 2010

przez siebie

to nie jest trudne. usiąść i napisać o niczym parę zdań. tak ot, trochę o tym, trochę o tamtym i będzie. a jednak, żeby napisać coś, do czego się zobowiązałam, trzeba mnie zaciągać wołami. w dodatku miało być 5 tekstów, a ja w nadgorliwości swojej wymyśliłam więcej tematów i istnieje niebezpieczeństwo, że będzie trzeba tekstów napisać więcej. ale coś za coś. mogę pisać w domu, robić sobie przerwy, kiedy mam na to ochotę, tym razem pisać na tematy wymyślone przez samą siebie, a nie w całości pod czyjeś dyktando. dobrze mieć takie zajęcie. cieszy mnie to. przekonałam samą siebie i zaraz siadam do tego. tylko kawę sobie zrobię. już druga dziś, ale spałam za krótko. z winy własnych pomysłów na spędzanie wieczoru. w zasadzie ten wieczór chyba miał początek około 23 kiedy powinnam smacznie spać od godziny co najmniej. tak, kawa to jednak świetny pomysł. i muzykę sobie włączę ładną.

stróżu mój aniele
siły mam niewiele

anioł mój mnie chroni
przed złożeniem broni

taki jesteś miły
że dodajesz siły

gdym w potrzebie wielkiej
podajesz mi rękę

i do szefa szepczesz
niech jej trud nie zdepcze

sobota, 13 marca 2010

tytuł jakiś markotny taki

o matko. robię przegląd piosenki wspólnej. dużo tego się zebrało.
chciałam powiedzieć, że sernik wyszedł średni, polepszył się na trzy dni po wyjęciu z piekarnika, ale posmak proszku w cieście nie z proszku mnie drażni.
osobisty recenzent wyjechał na bliższe, trzydniowe spotkanie z Szefem Świata i pewnie tam się świetnie bawi, podczas gdy ja po sprzątnięciu wszystkich zakamarków w mieszkaniu zbieram za to, że "nic w tym domu nie robię" i słucham jak odkurzacz ponownie odkurza te same miejsca, w których odżywiał się 20 minut wcześniej. z tą różnicą, że za pierwszym razem miał co jeść a za drugim nie.
nie lubię zostawać sama. ale na pewno dobrze nam zrobi. przecież to nie zdrowo tak się widywać codziennie. tak słyszałam niedawno. ale mimo wszystko, w głębi wiem, że cokolwiek bym nie myślała, jakkolwiek nie tęskniła - to dobrze, że tam jest.
a wczoraj Duch Szefa się zjawił. w swoim znaku ognia wypalał tlen w mieszkaniu młodych małżonków, którzy na przygotowanie przemówień Szefa mnie zaprosili. no i jak Duch dmuchnął to tak powiało, że się zastanawiam jak to jest z tym rokiem łaski. czy potem będą następne? mam nadzieję.
nie mam pojęcia o czym piszę więc czas skończyć.

aniele boży
serce się trwoży
że miłego sercu mało
że samo zostało

a anioł boży
wciąż stoi pilnuje
a serce głupoty wygaduje
bo może i mu mało
ale samo nie zostało

wtorek, 9 marca 2010

niekonsekwencja

złamał mi się wieszak, w związku z tym postanowiłam się odwiesić. nie wiem na ile wytrwam w tym postanowieniu. jednak przemyślenia moje z ostatnich piętnastu minut zmuszają mnie do pisania, a różowe tło wydaje się jedyną odpowiadającą im scenerią. zatem ad rem:
odebrałam od siostry książkę, zajmującą bardzo wysoką pozycję w mojej bibliotece kury domowej. tak oto ekspresowa nigella wróciła do domu. wracając od dziecięcia zamierzam jutro nabyć dużo sera i trochę truskawek (świetna pora roku na truskawki, prawda?), a następnie zanim wyjdę do dzieci kolejnych uczynić sernik. z truskawkami. wbrew przepisowi oczywiście, bo jakżeby inaczej. przepis głosi bowiem coś tam coś tam czeresienki. ja wam dam czeresienki. oczywiście, że truskawki!

aniele boży stróżu mój
ty w sklepie przy serze jutro stój
i pilnuj by baby zostawiły mi ser
bo jakby cały
te baby zabrały
to byłoby strasznie nie fair.

niedziela, 21 lutego 2010

zawieszam się

1. nie lubię być w centrum zainteresowania dziś.
2. nie znoszę pisać wiedząc, że ludzie których znam, a do których zaufania nie mam za wiele(nie z ich winy w większości - po prostu nie znam ich blisko) będą to komentować.
3. nie chcę być oceniana.
4. zawieszam doprawdy-ladnie na jakiś czas.
5. nie przestaję pisać.

niedziela, 14 lutego 2010

zdolność zdziwienia.

jestem okropną egocentryczką.
wszystko ma się kręcić wokół mnie.
ja jestem najważniejsza na całym świecie.
tak mi się przynajmniej do niedawna zdawało. do niedawna? a bo proszę państwa zdarzyło się dziś tak, nie wiem zupełnie w jaki sposób, że zrezygnowałam z siebie. pokazało mi to, że potrafię się dziwić. mieliśmy zaplanowane, że jako część (bardzo modnego, jak to cudzy mąż zauważył) nieobchodzenia walentynek buntownicze pójście do kina. nawet byliśmy już bardzo blisko. ale tuż przed zakupem biletów wyszła sprawa pracowa. no i zaistniało niebezpieczeństwo, że dziś będzie trwało do rana i zleje się w jedno z jutrem. w takiej sytuacji moje ja stanęło niezależnie ode mnie na dalszym planie, i jako samozwańcza pani przewodnik zmieniłam trasę naszej dwuosobowej wycieczki. zamiast do kasy poprowadziłam nas do metra. czy to nie dziwne? dziwne. jak cholera.


aniele boży strózu mój
ty przy mnie dzisiaj nie stój
dziś wspomóż lepiej jego stróża
by praca szybko szła jak burza
jeden niech mu kawę poda
drugi sił do pracy doda
może przy parzeniu kawy
pomysł wpadnie wam ciekawy
wtedy szeptem tuż do ucha
podpowiedzcie - on posłucha
a gdy sen go w końcu zmorzy
we dwóch łatwiej go położyć
dajcie mu ożywczy sen
i radość na cały dzień.

dziękuję awansem.

niedziela, 7 lutego 2010

jestem bardzo fajna

widziałam swój artykuł. tak na papierze i w ogóle. jestem fajna. piję herbatę i czekam. na aplauz albo coś równie miłego.
i na jedzenie, bo bardzo lubię jedzenie. robić.
ale w tygodniu. w weekendy pracuję i w weekendy nie robię.
w weekendy jestem mniej perfekcyjna.
za to w piątek, ach, ależ ja w piątek byłam perfekcyjna. nie dość, że sprzątnęłam, ugotowałam, uprałam, pozmywałam (ok pozmywała zmywarka, a uprała pralka, ale ktoś je musiał do tego nakłonić, nie?) to jeszcze upiekłam i przyjęłam. gości na przygotowanie.
matko, ja się naprawdę kiedyś utopię w samouwielbieniu...
chciałabym mieszkać.

poniedziałek, 1 lutego 2010

niczego nie planuję.

to po prostu we mnie dojrzewa i staje się coraz bardziej wyraźne.
wyobrażam sobie, że właśnie tak będzie.
nie do końca obudzona pobudka na powiedzenie "dzień dobry, miłego dnia", potem próby dobudzenia się na własną rękę, flegmatyczne dopasowywanie się do ogólnie obowiązujących norm wyglądu.
potem śniadanie przed tv, albo chętniej z trójkowym budzikiem, szykowanie obiadu, godziny spędzone na przeglądaniu przepisów, katalogów z meblami, czytaniu cudzych myśli i pomysłów.
czasem napisanie czegoś pożytecznego, zredagowanie paru stron czegoś na zamówienie.
porządkowanie i sprzątanie w mieszkaniu, rozrywka przy mikserze, trzepaczce do jajek, piekarniku, formach, foremkach i innych przyrządach do tworzenia deserów, które niejednemu sprawią frajdę.
potem sprzątanie po tychże kulinarnych wybrykach, nakarmienie głodomora/ów i wspólny czil. chciałabym tak.

wtorek, 26 stycznia 2010

nie umiem nadstawiać żadnego z posiadanych policzków

nie wiem, nie potrafię tego słuchać. wybucham jak nie przymierzając wulkan pełen parzącej lawy. cholera, czy już jak się wyjawi komuś bliskiemu jakąś ważną dla siebie rzecz, radosną w treści, to czy oczekuje się bezustannego komentowania wszystkiego co się tej osobie kojarzy z tą rzeczą? i jeszcze żeby to były komentarze radosne, motywujące, pomysłowe... nie, trzeba mi krótko mówiąc dosrywać na każdym kroku. mówić, że i tak nie dam rady, że mam złe nawyki, że nie ogarnę, że będę taka i taka, zła, pyskata, krzycząca, niedobra, niepotrzebna, piąte koło u wozu.

dobrze, że rzeczywistość wprowadza codziennie korektę, bo ostatnich kilka poranków mnie mocno frustruje.

aniele boży stróżu mój
i znów jest coraz bardziej fuj
bo trochę jest też jeszcze miło
ale by milej dużo było
gdyby się fuj całkiem skończyło
bo pełniej by się żyło

środa, 20 stycznia 2010

suburbia mnie

wczoraj przespałam zachód, a dziś przesprzątałam wschód. albo przejadłam. nie wiem, po prostu go nie zauważyłam. nie wiem co mam ze sobą zrobić. wstawanie to coś co mi nie daje zasnąć. dziś nie musiałam wstawać więc zasnęłam szybko. ale jak tylko mi się przyśniła sytuacja taka, że miałam zasnąć, żeby wstać to już się o 5 obudziłam się (tak, wiem, obudziło mnie trzaskanie drzwiami), kompletnie nie wyspana, ale bez szansy na ponowne zaśnięcie. próbowałam do prawie 6. bezskutecznie. nie wiem, jeśli dziś będę po czterech godzinach snu miała problemy z zaśnięciem wieczorem to już sama nie wiem co robić. do lekarza nie chcę. do psychologa i innych psycho się boję, mi się nie uśmiecha patrzenie wgłąb samej siebie, napełnia mnie to bowiem obawą, że umieszczę siebie jeszcze bardziej w centrum niż dotychczas. a ja już się znudziłam sobą w centrum. chcę się wysłać na obrzeża. żeby mnie mało było. żebym ja była co najmniej na drugim miejscu.

wtorek, 19 stycznia 2010

jeśli w pokoju jest duszno, możesz łatwo wpuścić odrobinę powietrza otwierając okno...

...czyli jak nie popaść w paranoję, zapragnąwszy zaprowadzić ład w domu.

lubię porządek, ale nienawidzę sprzątać. lubię czystą kuchnię, a nie znoszę zmywać. jak to wszystko pogodzić? jak nie oszukiwać się po raz kolejny i wreszcie zamiast ukrywać bałagan, pozbyć się go?
naprawdę chciałabym, żeby nasz przyszły dom był domem idealnym. zamieszkanym, nie sterylnym, ale porządnym. i zaczęłam o tym niedawno myśleć. podobno bez ćwiczeń się mięśni nie wyrobi, także ja te moje zwiotczałe mięśnie sprzątające próbuję teraz przeprowadzić przez jakąś rehabilitację. częściowo ogarnęłam ubrania. ale te 20 kg odzieży, nie chce zniknąć. ciągle stoi, popakowana w kartony i worki, w tym moim mikroskopijnym pokoju, od którego zaczęłam wprowadzanie ładu. No dobra nie jest taki mikroskopijny, niektórzy mają podobnej wielkości mieszkania, ale to nie jest standard. w każdym razie, ciężko to zrobić. a prezent dla mamy, który miał być żarcikiem, pozostał w moich rękach i choć niektóre rady pani królowej czystości vel perfect housewife są do bólu oczywiste, albo straszliwie przesadzone, to sporo jednak jest takich, które chciałabym wprowadzić w życie, a już na pewno zaprowadzić je w naszym domu. no i nie obraziłabym się, jakby mnie kiedyś ktoś nazwał perfekcyjną kurą domową czy jak to się tam mówi na te co siedzą w domu i spełniają się jako żony i matki. bo taką właśnie kobietą chciałabym być. dziś na 10 godzin przed egzaminem z psychologii jestem tego wprost pewna. boję się trochę presji otoczenia, rodziny dalszej mojej i bliższej nie mojej. ale tę pewność mam od dawna i teraz ona się potwierdza. chcę gotować, sprzątać, porządkować, urządzać, wychowywać i marzę o tym, żeby działo się to bez obecnego zaburzenia rytmu okołodobowego.

środa, 13 stycznia 2010

chałtura część pierwsza.

pisanie. będę pisać. dobrze mieć takiego korektora i recenzenta jak ja mam. powiedział co, gdzie, na co zmienić, co poprawić i jeszcze na koniec stwierdził, że umiem pisać. choć mi samej wydawały się te moje wypociny szczeniackim bełkotem. ale poszło. pierwszy artykuł dla prestiżu i pieniędzy - napisany. wysłany. zaakceptowany. zostałam pochwalona przez osobistego i jestem z siebie dumna. kurcze, korci mnie to rzucanie studiów, jak nie wiem co.

aniele boży stróżu mój
ty zawsze przy mnie stój
stój kiedy jest ciemno i kiedy bezsilnie
gdy nie chcę już więcej uczyć się pilnie

już nigdy nie chcę. już zawsze stój. korci.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

zwęglony ziemniak

nie lubię słowa ziemniak. kartofel z resztą też. ale mi się przypalił. bo niektórzy ludzie ze mną spokrewnieni, mają mi za złe, że jeszcze walczę o uznanie na uczelni. jak się dowiedziałam, że za zmyślenie obserwacji, którą powinnam była przeprowadzić, ale zabrakło mi chęci, czasu i zapału dostałam ocenę dobrą, to stwierdziłam, że może wykorzystam ten powiew. kręci mnie moja nadinteligencja, która sprawia, że podczas gdy inni wkuwając dostają ndst. lub dst.- ja dostaję db lub db.+, albo kiedy nikt nie wie co powiedzieć, pozwala mi znaleźć odpowiednie zdanie, które zapewnia mi przychylne spojrzenie pani wykładowczyni.
pisałam, że za złe mi ma człowiek. człowiek myśli, że jak mam tyle lat i miano studentki to znaczy, ze mam wiecznie wolny czas na odwiedziny. jasne, to może tak nawet wyglądać czasem, ale tak nie jest. nawet jak mam ten wolny czas to i tak mi to nie zmienia za dużo, bo czas ów jest w tych głupich godzinach, o czym wspominałam poprzednio.
a nie, jednak pisałam o zwęglonym ziemniaku. i cebulce i polędwiczce. polędwiczka to rodzaj pamiątki. a my dziś lubimy pamiątki. i chyba gdzieś zgubiłam instrukcję obsługi od prezentu i muszę iść do serwisu.

aniele boży stróżu mój
co stoisz przy mnie dzielnie
spalony ziemniak jest mocno fuj
i ciężko domyć patelnię.

piątek, 8 stycznia 2010

praca

od kilku dni próbuję zasnąć w nocy. bezskutecznie. na nic domowe sposoby, na nic melisa, uspokajacze, na nic wino, na nic zmęczenie fizyczne. przestawiłam się i koniec. zasnąć mogę, owszem, ale nie w nocy. zasypiam średnio koło szóstej rano, tak zmęczona, że próba wstania godzinę lub dwie później spotyka się z radykalną odmową całego organizmu. nie pojmuję dlaczego tak łatwo przestawić się w tym kierunku, a tak trudno wrócić do tak zwanego normalnego trybu życia.
ach, mój tryb życia. element pożądany. chciałabym jakiś mieć. jakiś ustalony porządek dnia. 7.00 - pobudka, 7.15 śniadanie, 8-14 zajęcia na uczelni, 15-17.30 coś, 18-21 spędzanie czasu, 22 wieczorne ablucje i spać. ale to samo w sobie jest nierealne. bo jak się studiuje w tym kraju dziennie, to się ma zajęcia rozrzucone po całym dniu między 8 a 20, oczywiście z takimi okienkami, w tak głupich godzinach, że nic w międzyczasie tak zwanym wcisnąć się konstruktywnego nie da. a dodatkowo pan Wi., miłośnik pracy, jak już o 17.30 zakończy swój korpo-dzień, to jeszcze z uśmiechem na ustach dopieszcza swoje chałtury w domu, a potem jest już tak zmęczony, że sił starcza mu na odprowadzenie mnie do domu, względnie herbatę i kanapki u mnie. a jeśli zamienimy to miejscami to wtedy siedzi do nie wiadomo której godziny i następny cały dzień bardziej niż przodownika pracy i tryskającego energią młodzieńca, przypomina zombie.
oczywiście, mogłabym rzucić studia. mam w tym nie lada doświadczenie. rzucanie studiów dla pracy. niezła rzecz. ludzie bez wykształcenia od razu patrzą na ciebie przychylniejszym okiem - zarabiasz hajs, więc na pewno masz coś do powiedzenia. jednak rzucenie studiów zamyka twoje mające coś do powiedzenia usta przed tymi, którzy swoje studia pokończyli. dla nich ktoś, komu huragan nie zniszczył domu, ewentualnie komu dziewczyna nie zaszła w ciążę, a kto rzuca studia jest po prostu nieroztropny. ja po pierwsze nie mam dziewczyny ani dziecka na utrzymaniu, po drugie nie było ostatnio załamań pogodowych tak drastycznych, abym straciła dach nad głową, zatem w oczach mojego wykształconego lub z lubością kształcącego się środowiska po raz drugi straciłabym twarz. no ale nie powiem, korci mnie taka perspektywa. i jeśli po zbliżającej się wielkimi krokami sesji, okaże się, że uczelnia z rolniczymi tradycjami nie uznaje mojej wiedzy za dostateczną, dobrą lub bardzo dobrą, może będzie mi przez chwilę smutno, jak zawsze, kiedy okazuje się, że coś w życiu nie wyszło, ale chyba po prostu rozejrzę się, za jakąś ludzką robotą. pierwszy raz w życiu, kręci mnie myśl o pracy. jawi mi się ona jako wybawienie i dostateczna motywacja dla wstawania rano z łóżka. jasne, czasem mam też inne motywacje, typu adwentowe wstawanie na 6 z panem Wi. i późniejszy z nim lans w kawiarni. ale póki co adwentu nie ma, wielkie przed wielkanocne o 6 wstawanie jeszcze przed nami, ale praca, tak, kręci mnie ta myśl. kiedyś, będę chciała być tylko perfekcyjną hausłajf, ale teraz marzy mi się kariera. i tak jakoś mimo mojej wielkiej sympatii do dzieci, czuję, że nie o karierę niani mi chodzi.
matko, takie nocne wypociny klawiaturowe, przelewanie tysiąca myśli na ekran, niestety tylko mnie to dziś rozbudziło, zamiast zmęczyć oczy. a dziś powinnam być świeża jak wiosenny kwiat, skoczna, radosna, śpiewająca i nie wiadomo co. ech, może wycisnę trochę sił z wymuszonego 3 godzinnego snu koło 6 rano, kawy i rodzinnego ciastka, zanim w frajdejfanowy dzień pan Wi. umili mi resztę dnia.

piątek, 1 stycznia 2010

2010

uhuhu no to już w przyszłym roku?
szczęśliwego nowego!!!

sobota, 26 grudnia 2009

w Boże Narodzenie najważniejsze są prezenty

lubię sobie przypominać, że Szef dał mi prezent. i że tego prezentu nie wypadałoby zmarnować. w końcu to Szef, nie?
samo to, że zauważyłam, że dostałam - to jest taki mały cud. bo może i wcześniej prezenty były, były na pewno, bo to nie ten typ szefa co nie daje prezentów. tylko ten mój Szef, prezenty daje bardzo subtelnie. także zauważenie tego prezentu było dla mnie niesamowite.
a sam prezent? to chyba najfajniejszy bajer jaki w życiu miałam, bo się go dostaje co chwilę od nowa. można by pomyśleć, że nie da się w takim razie zmarnować tego prezentu, skoro jest codziennie, albo nawet parę razy dziennie dawany mi od nowa. ale na ulotce, małym druczkiem było napisane, żeby uważać, bo to łatwopalne. łatwo palne. łatwo spalić. płonie - znika. a potem się żałuje. dlatego, jak już to doczytałam, po parokrotnym trzymaniu prezentu w niebezpiecznie małej odległości od otwartego ognia, poprosiłam Szefa, żeby mi dał to powiększoną czcionką, a najlepiej wygrawerował na jakiejś niezniszczalnej blasze, którą mogłabym sobie powiesić na szyi albo nosić na ręku zamiast zegarka.
no i Szef, co ciekawe, zamiast się wkurzyć, że ja taka nieogarnięta, że sama nie potrafię tego załatwić, ba, że nie potrafię zapamiętać jednego słowa - ł a t w o p a l n e, powiedział
-dziewczyno, wpadaj do mnie, codziennie ja ci będę pomagał, przypominał, razem będziemy grawerować, po jednej literce. zajmie nam to więcej czasu, ale wiesz, spędzimy go razem a to zawsze miło, być w przyjaźni z pracownikami, czyniąc z nich, w odpowiednim momencie, swoich współpracowników. poza tym, ten prezent, co ci go dałem, on ma wiele takich wiesz, tajnych opcji, na ulotce nie napisałem...
- Szefie, Ty nie napisałeś? Ty piszesz ulotki? - wyrwało mi się.
- no a kto ma pisać, jak nie Ja? przecież ja go zrobiłem! już zapomniałaś? nic się nie stało, to też będziemy grawerować na tej twojej blaszce.
to jest naprawdę świetne. taka perspektywa współpracy z Szefem, dodatkowo można się uczyć o prezencie, też o sobie można się uczyć. Szefa bliżej poznać. kurcze, same plusy.


w tym roku znowu Syn Szefa przyszedł nagle. i w domu bym tego nie zauważyła, bo walczyłyśmy ostro żeby o tym zapomnieć. do ostatniego momentu. kiedy już poszłam, przeczuwając, że może przyjdzie, choć nie odrzucając tak zupełnie myśli, że może w tym roku zechce odpocząć i tego znów nie przechodzić, tej zimnej, śmierdzącej stajni, tego całego syfu, tych niewdzięczników niegościnnych... a jednak powiedział do mnie, takiego pastucha niemytego : "chodź, ja ci przebaczam, nie obawiaj się, dopiero się urodziłem, nic ci nie zrobię. jestem mniejszy od ciebie, możesz mnie przytulić." cuda się dzieją w święta. cud prezentu, jakim jest Wi., cud przebaczenia, cud nadziei na nowe, codziennie nowe, cud narodzenia, cud Słowa. cud, że to widzę.

aniele boży stróżu mój
ty w święta śpiewasz "gloria"
że "in excelsis" śpiewasz "Bóg"
a na ziemi ta sama historia

że chwała brzmi na wysokości
na pewno masz świętą rację
ale w tym roku Bóg przyszedł w gości
i w moim zjadł domu kolację

choinki nie było, prezentów mało
a jednak nie wzgardził człowiekiem
i sam w to małe nieboskie wszedł ciało
i poił się matczynym mlekiem

aniele boży stróżu mój
człowieka Bóg dziś odnawia
i Boskie wlewa tchnienie w znój
od grzechu od nowa wybawia

kotłuje mi się tego więcej w głowie, ale zrobiłam się senna i wykorzystam moment. dziękuję ci Szefie, że dałeś mi tak dużo, choć po ludzku nie dostałam prawie nic:)


niedziela, 6 grudnia 2009

a to dopiero.

no, to teraz jestem pewna. w życiu, niczego bardziej nie byłam. czasem potrzebuję pojechać tam gdzie nie chcę, gdzie jest niewygodnie i daleko. czasem po prostu muszę się zatrzymać i zaufać. i podnieść głowę. chcieć baldachim i mówić komuś co takiego jest innego za jakiś czas. śmieszne, bo On się jeszcze upewnia, czy do mnie dotarło i trzy razy wraca z tym samym. czeka na potwierdzenie odbioru. a ja nic, tylko odbieram i dziękuję.

anioł stróż
czeka już

czwartek, 26 listopada 2009

sennie niesennie nasennie bezsennie

a już byłam śpiąca. nie potrafię zrozumieć, dlaczego niektórzy jak mają coś do powiedzenia to nie mogą się zamknąć i poczekać do normalnej pory tylko muszą mnie wytrącać akurat około pierwszej w nocy, kiedy to po raz pierwszy od tygodnia miałam naprawdę senny wzrok i chęć zaśnięcia z wolą wstania rano. a teraz, nie mogę już się położyć, bo doświadczeniem nauczona wiem, że jeśli teraz się położę, to w tym tygodniu nie dowiem się co z moim testem z francuskiego. spoko. są ludzie, którzy o tej porze wstają do pracy normalnie. to może zafunduję sobie kawę, plussza active, pójdę po bułki i będę idealną, poranną housewife. szit. nienawidzę tego. lubię się kłócić, ale błagam, nie przez telefon, nie ze znajomą i nie o pierwszej w nocy. to mnie kompletnie rozwala. no i o pierwszej w nocy nie mogę się poskarżyć, bo śpi. ech, naprawdę ciężkie życie mają ludzie z własnym zdaniem. ja mam własne zdanie i nie mogę z tego powodu spać. czasem mi się wydaje, że może powinno się iść jak tłum. robić to samo, powielać wcześniej ustalone schematy działania. miałoby się mniej kłopotów. ale jakie to byłoby nudne okrutnie. przeczytałam milion książek, wypiłam prawie litr melisy, dostarczyłam organizmowi trochę substancji trujących, zjadłam dwa gripexy i pięć cerutinów, a wcześniej kanapki z czosnkiem, zapakowałam się w ciepłe skarpetki, dres, wrzuciłam kaptur na głowę i kurde mogłam sobie leżeć pod tą kołdrą i ani na moment nie usnęłam. serce mi waliło, byłam wściekła. różaniec uspokoił na moment nerwy, ale nie uśpił. teraz mi się wydaje, że nie było o co się wściekać, znajoma ma inne zdanie, ja inne, moje niestety nic tu nie znaczy, więc wypowiedzenie go po raz enty nic nie zmieni. i tyle. można by nad tym spokojnie przejść do porządku dziennego(czy też może nocnego), ale jakoś ten cały dzień był napięty i to przeważyło. jak tak wściekła, zwinięta w kulkę leżałam pod tą kołdrą to nawet mi parę łez pociekło, takich bezsilnych, nawet nie z tej wściekłości samej, tylko z tego nienormalnego spania. bo ja to bym czasem chciała tak, budzić się o siódmej wyspana, zasypiać o dwudziestej trzeciej po dwugodzinnym czilu z książką. a tu mam co mam. najszczęśliwsze chwile, złapane w końcówkach dni, ale niestety z niedospanymi nocami. ta będzie najdłuższa z niedospanych. za sześć godzin zaczynam francuski, jeśli teraz się położę wstanę za szesnaście. nie mogę opuścić francuskiego więc decyzja jest prosta. nie spać, nie spać, nie spać... potem w dzień być trzeźwo myślącą studentką, odebrać sukienki i dotrwać do wieczora aby zaśpiewem swym chrypliwym ubogacać lud wierny. dobrze, że chociaż mam taką dziwną umiejętność znajdowania czasu dla pana Wi., bo coraz bardziej się przyzwyczajam do dzielenia go z nim.

aniele boży stróżu mój
czy musi być tak szybko fuj?
me smutne myśli szybko truj
by stróżu mój nie było fuj

czwartek, 19 listopada 2009

to było jakoś tak

o tak, teraz ta herbata by mi się przydała. nie mówię, że jest mi zimno. po prostu przy herbacie dobrze się myśli. a ja mam o czym myśleć ostatnimi czasy. dobra, mam herbatę, można myśleć.
oto stało się tak, jak gdyby nigdy wcześniej nic innego się nie działo. wskoczyłam swobodnie na swoje miejsce, które najprawdopodobniej było do tej pory dla mnie grzane przez sama nie mam pomysłu kogo, ale tak naprawdę czekało na mnie. wielką mam nadzieję, że to moje naprawdę, będzie wyjątkowo prawdziwe, z prawdziwych najprawdziwsze. moim przedmiotem rozważań wieczornych (tak, tak wiem, normalni ludzie wieczory obchodzą raczej wcześniej niż o czwartej nad ranem, jak to czynię ja, ale usilnie, od wielu lat walczę o swoją nienormalność) jest od pewnego okresu sprawa mojej przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, co w połączeniu z horacjańskim carpe diem, z którym próbuję się zaprzyjaźnić, sprawia mi nie lada zagwostkę. mogę myśleć o sobie jako o osobie, a mogę jako o jednej piątej osoby, albo jednej drugiej osoby, wreszcie jako osoby drugiej osoby. tempo w jakim osobowości nasze się zaplątały wprawia mnie w lekkie osłupienie. ale jest to osłupienie uśmiechnięte. strasznie mi się podoba ten stupor. i ten upór, z jakim wierzę, że to jest coś odwiecznego i na amen.
pokonuję jakieś bariery, zapalam światła, otwieram drzwi, nie dobieram słów. przypomina mi się seria książek z dzieciństwa - patrzę, podziwiam, poznaję. najlepsze jest to, że nie muszę się zastanawiać, bo Ktoś tym kieruje. mam oczywiście wolną wolę, która jest momentami, zdaje mi się, strasznie szybka. ale nad tym jest ten On. wszystko nabiera kształtów, jak za starych dobrych czasów w Raju. ja temu powinnam nadawać jakieś nazwy, ale póki co powstrzymuję się i obserwuję. czekam na ciąg dalszy. a po nim jeszcze dalszy, i dalszy. niby daleki, a niezwykle bliski.

aniele boży stróżu mój,
stój przy mnie dziś, gdy nie jest fuj,
stój przy mnie też gdy będzie fuj
aniele boży stróżu mój

środa, 14 października 2009

zimna sucz

no to jest jakieś leciusieńkie przegięcie. ja nie mówię, że Szef coś źle ten tego, ale jeśli to nie On, to znaczy, że już mamy koniec świata skoro nawet pory roku już są nieposłuszne i robią co chcą. człowiek chce być pilny, chce dać z siebie sporo, ale taka zima, że hej. ktoś dowiódł, że od zimna się wszystko kurczy. i mi się kurczą chęci i serce od zimna. ja się robię bardzo zamknięta w sobie zimą. zwłaszcza jak się owa zima zaczyna w połowie października. pff.

wtorek, 29 września 2009

jesień

znowu przyszła. młodsza siostra zimy. albo starsza, wszystko jedno. w ogóle mnie to nie obchodzi. nie lubię jej prawie tak samo, przynajmniej w takie dni jak dziś. jest zimno, ja mam katar i boli mnie gardło. no i chciałabym żeby było ciepło. zwłaszcza, że jutro zaczynam brand new studia. oby medykamenty pomogły, bo nie chcę witać nowych znajomych chrypą i czerwonym nosem.

piątek, 18 września 2009

mam świra, rozdwojenie jaźni, zaburzenia tożsamości i dwubiegunówkę.

Co jest do cholery, mowę wam odjęło? Wszyscy mają dookoła przewlekłego pmsa i ja za to muszę płacić. I jeszcze jakieś idiotyczne: "No Tośka opowiaaadaj, no? co tam? no Tooośka mówże". Świra można dostać. A dlaczego nie pijesz? No jak się napijesz to lepiej będzie ci się tańczyło. Ale ja nie chce. A jak ci się nie podoba to nie tańcz. Jak nie lubisz - nie śpiewaj. Tylko żebyś mi potem nie mówiła, że ja nie ostrzegałam. A jak on ma dziewczynę? No to ma, i kij mu w uszy, nie to nie. Że co? Nie można się do mnie dodzwonić? No, nie można! Bo ja czasem muszę spać drodzy moi. Nie ma, że ja na kazde zawołanie. Kurde i jeszcze może byś mi kawy zrobił? A chętnie proszę. No kuuurde bez mleka idioto, jeszcze raz. Nie chce mi sie tam iść? Tobie się nie chce? Mi się nie chce bardziej. W co ja mam się ubrać? A ubierz się w worek i nie pieprz mi że nie masz się w co ubrać, 4 kartony ubrań masz i pełną szafę. Zrobiłabyś wreszcie coś ze swoim życiem. Tak? może podskocze trzy razy i zrobię obrót. Ślub byś wzięła, dzieci nie ma komu rodzić. Chętnie ciociu, ale może potem. A Brat kiedy bierze? Nie wiem do cholery. Siku zrobił. Ciocia, mogę do toalety? Jasne nie musisz pytać. Ciocia a ty wogóle umiesz czytać? Idź stąd, nie lubie cię. Idź stąd. Idź stąd. Idź stąd. Nie chcę cię. Pocałujcie mnie wszyscy. Koniec panie. Przerwa jakaś czy coś.

wtorek, 8 września 2009

dobra pora nie istnieje.

brakuje ci siły, żeby stoczyć ze sobą walkę, spróbuj się położyć i odpocząć. spróbuj popatrzeć na siebie z innej perspektywy. przyznaj rację komuś innemu. oddaj coś na czym ci zależy. powiedz, że nie chcesz dłużej marnować czasu na coś czego nie ma. i zacznie się coś nowego. może zobaczysz jak coś powstaje. będziesz świadkiem początku. koniec z niekończącym się końcem. czas na dobrą porę. znajdź swoje miejsce, swoje imię, swoją muzykę, swoje słowa. zmień sensless na coś lepszego.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Obiecanki cacanki...

... a głupiemu radość. No, ale skąd na to wszystko brać pieniądze? Ledwo uciułałam na prezent ślubny, rozrywki weselne i poweselne. Ale ledwo wrócilam i Włochy przyjechały do Warszawy i trochę się poczułam jak góra albo Mahomet (nigdy nie wiem, które to nie chciało przyjść a które przyszło).
Co za dziwne uczucie. Takie jakieś teżewe czy coś. Znowu jeszcze miesiąc wakacji i pierwszy rok. To takie zabawne. Moje nowe hobby - stawiać sobie poprzeczki. Narazie je właściwie kładę, na poziomie stóp, aby łatwo było ominąć, ale z czasem być może będę je umieszczać jakoś wyżej. Ale tym czasem dalej będę słuchać i się rozpływać. Raz, dwa trzy i kropka.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Credo

Pan Bóg istnieje. Il Signore è vero.

Doświadczyłam, że jest naprawdę. Pokazał to przez konkrety, po zastanowieniu mogę stwierdzić, że faktycznie, na to nawet nie trzeba patrzeć przez pryzmat jakiejkolwiek wiary. Czy to prawda czy nie. Bo to się stało. Działał. Działa. Posyła Ducha przede mną. Daje mi Go. Daje mi Słowo. I dalej będzie dawał. "Perché non ti abbandonerò senza aver fatto tutto quello che ti ho detto"

Łatwo się pisze o bzdurach. Łatwo się nad sobą użalać. Ale jak już trzeba głosić dobrą nowinę to ciężko idzie. Ale ja mam pewność dzisiaj. Obym ją miała na dłużej.

Popielgrzymkowo przyziemnie mogę powiedzieć, że chcę do Włoch. I wrócę tam jeszcze w tym roku. Obiecuję.

środa, 17 czerwca 2009

Blogging...

Cholera chyba to rzucę...
Obraz należy do Harold's Planet.com

czwartek, 28 maja 2009

po imieniu.

nie umiem się dopasować. nie umiem dopasować słów. nie umiem zachować powagi gdy trzeba i śmiać się kiedy się cieszę, bo się nie cieszę. nie umiem się cieszyć. jest po prostu do dupy, gorzej być nie może.
poużalam sę trochę nad sobą. to umiem.
nic mi się nie udaje. jak podejmuję samodzielnie decyzje spotykam się z krytyką mało budującą. jak nie podejmuję decyzji, decydując się na poddanie się losowi, okazuje się, że los nie istnieje. jak tu dojść do ładu? czuję się jakby mi coś zasuwało kuksańce w bok, za każdym razem kiedy wydaje się, że już widać poprawę. i to nie są takie kuksańce zalotne, przyjacielskie. to jest łamanie żeber. łamanie karku. na złamanie karku biegnę po coś co zupełnie mnie nie interesuje. rzucanie studiów ze względu na ludzi jest do dupy. nie chcę być wulgarna bardziej. rekrutacja na studia po raz enty jest do dupy. nic nie robienie jest jeszcze bardziej do dupy. chodzenie do dwu- i trzylatków uczy tylko tego, że jak ktoś robi coś nie po twojej myśli to trzeba się popłakać i może się coś wymusi. a jak nie, to można iść spać. i nawet smoczka nie dadzą, bo miałoby się za dużo ułatwień przy zasypianiu. za dużo przyjemności. już nawet mnie włochy przestały cieszyć, bo jedzie zbyt dużo osób cieszących się życiem i umiejącym dostrzec plan Szefa nie walcząc z nim. nie ma gdzie uciekać. boję się uciekać. boję się żyć, boję się śmierci, boję się cierpienia, boję się udawać, boję się pokazać prawdziwą siebie. zmieniłam sobie imię. chciałam zmienić formę. ale niestety ciasto w środku ma nadal zakalec. a zakalca nie dopieczesz. sytuacja beznadziejna. równowaznik zdania w bardzo nierównoważnych okolicznościach. nazywam się Ula Wr., mam niespełna dwadzieścia jeden lat i nie lubię ananasów i krewetek. nikt mi nawet życia zrujnować nie chce.

wtorek, 10 lutego 2009

dzień drugi, poranek.

Udało mi się, przespałam noc. Obudził mnie, około piątej, ból drętwiejącego karku i zaduch w pokoju. Rozkręcony kaloryfer i zamknięte okno, zupełny brak wyobraźni. Szybkie poranne zabiegi w łazience, śniadanie, wszytko jak w normalnych domach o tej porze. Dla mnie to zupełna nowość. Jest wpół do siódmej, a ja jestem już po śniadaniu, ba, po kawie nawet. Mam odrobinę nadziei, że będzie choć trochę dobrych chwil dzisiaj, że uda mi się zrobić chociaż połowę z tego, co zaplanowałam. Czuję się jakbym przyjechała z dalekiego kraju i musiała nauczyć się teraz wszystkiego od początku. Obowiązujących tu zwyczajów, co wolno, czego nie wolno, co jest dobre a co złe.
 Jestem tu nowa, to dopiero mój drugi dzień. Nie rozumiem jeszcze wiele z tego, co do mnie mówią, zapisuję co trudniejsze słówka i powtarzam je sobie. Może kiedyś uchwycę kontekst całego zdania, zamiast literować każdy wyraz i zatrzymywać się na dlużej przy każdym przecinku.

poniedziałek, 9 lutego 2009

kwiecień 2006

Prawie trzy lata temu napisałam coś, co dziś jest znowu trochę aktualne. Nie chce mi się za bardzo wymyślać nowych słów, kiedy zostały już raz napisane i to całkiem ladnie.

Przed państwem niespełna osiemnastoletnia ja:

[...] Nie wiem dlaczego ale mam wrażenie, że pomimo mojej ogromnej radości, jaką w sobie mam od niedzieli, wpadłam w dołek. Dołek jest interesujący. To świetnie urządzone wnętrze. Panele podłogowe imitujące wiśnię, fotel imitujący balkon, marchewka imitująca komputer, kafelek łazienkowy imitujący doniczkowy kwiatek. Nie ma tu okna. Są za to cztery piękne ściany pokryte tapetą imitującą "Sąd Ostateczny" Boscha. Jest też sufit, z dziurą, przez którą można tu wpaść na kawę. Z tegoż sufitu zwiesza się żyrandol w kształcie dzbana. Wylewa się z niego wąska strużka światła. Tak wąska, że pokazująca jedynie kurz unoszący się w powietrzu. A powietrze? Jest gęste, wilgotne. Ciężko się oddycha. Mało w nim tlenu. Dużo obawy. To pierwiastek występujący jedynie w dołkach. Dowiedli tego naukowcy. Jak będę duża tez zostanę naukowcem. Będę mogła badać niezbadane, poznawać niepoznane. I u schyłku życia będę miała poczucie, że całe życie ciężko pracowałam, by kolejne pokolenia mogły mieć więcej materiału zawartego w podręcznikach(można to chyba nazwać uczuciem słodkości zemsty za te lata stracone na traceniu życia dla jakichś nazw, symboli, wzorów, czasem niepotrzebnych pojęć, niekiedy także dat nie wnoszących niczego do sprawy). Bycie naukowcem musi być wspaniałym doświadczeniem. Wracając do tematu: Mój dołek jest też nieźle usytuowany. W okolicy są wspaniałe przestrzenie imitujące niczym nieskażone tereny równinne. Ale nie widzę ich, bo przecież nie mam okna. Nie mam też drzwi. Nie mogę sama stąd wyjść. Czekam, aż mnie ktoś wyciągnie. Mimo że tu tak miło i przyjemnie, ciepło i wygodnie, cudownie i beztrosko. Wolę życie na powierzchni. Tam jest więcej prawdy. Bo nikt nie ma czasu na imitację.

Dziękuję bardzo, pozdrawiam, polecam się na przyszłość.

środa, 28 stycznia 2009

jakiś problem?

Problem polega na tym, że nie spisałam jeszcze w swoim życiu listy priorytetów. Nie wiem, co jest najważniejsze. W związku z tym, często okazuje się, że nie zdążam z czymś ważnym, bo robiłam coś mniej ważnego. 
Taka mała refleksja na koniec tego okropnego dnia.

piątek, 16 stycznia 2009

wątek czarno-humorystyczny

"-Piotrze zostaniesz wodzirejem na moim weselu?
-Ależ z przyjemnością! A kto jest tym szczęśliwcem, przyszłym szwagrem Stanisława?
-A wiesz, nie mam jeszcze na oku nikogo, ale wiesz, możesz ty być jeśli chcesz.
(pauza)
-Stachu, ważna sprawa jest, twoja siostra właśnie zaproponowała mi małżeństwo! 
-A to wiesz, będziesz musiał sporo dzieci jej pomóc urodzić. 
-Hmm to za jednym razem moge nie podołać..." 

Bratu - najlepszego, przyszłemu wodzirejowi - pozdrowienia:)

wtorek, 30 grudnia 2008

narodzenie - odrodzenie

 Doświadczam, że jest.
 Po swojemu. 
 Po mojemu. Jest teraz tylko dla mnie. To takie nowe. Do tej pory był dla wszystkich, więc nie liczyłam na zbyt wiele. Od prawie tygodnia, może i nadal jest dla wszystkich, ale w tym jest też tak tylko, tylko dla mnie.  Czuję, że mam do Niego prawo. Mimo, że może nie zasłużyłam, może jestem tylko jedną z wielu. Ale znał mnie długo wcześniej. Czekał, aż zwrócę uwagę w jakiś inny sposób. Aż zobaczę, że sama nie dam rady dłużej. Skoro ma tak właśnie być - będzie i mąż, będą dzieci. Jeśli ma być inaczej, choć dziś nic na to nie wskazuje - to może też będzie. 
 Pierwszy raz od dawna, cieszę się tym co mam.
 Naprawdę.

piątek, 19 grudnia 2008

zapomniałabym

rok minął, a ja nadal. bez sensu.

dziura

Tak, zaczęło się wigilijne halo. Wszyscy mi życzą męża, dużo dzieci i żebym była szczęśliwa. A te życzenia wydają mi się już tak sztampowe. Życzą, życzą i co? I nic. "Może po prostu, za dużo wymagasz, ale nie łam się, ktoś na to kiedyś pójdzie." Afektywna, czarna, monstrualnie wielka dziura. A Brat życzył, żebym czekając na rozeznanie powołania umiała być szczęśliwa. To takie ładne, że jeszcze mam czekać. Jestem niecierpliwa jak cholera, a tu się może okazać, jak będę miała 40 lat, że to jednak zakon, proszę państwa. A wtedy zaręczam, będę najszczęśliwszą zakonnicą na ziemi. Panie i panowie, życzcie mi proszę synchronizacji planów Bożych z moimi, i żeby plany Szefa mi się podobały, albowiem ja swoich planów wymyślać nie lubię, bo się nie sprawdzają. 

(okazało się, że jestem prawdziwą kobietą naszych czasów: zakup sukienki, bluzki, pierścionka i kolczyków stanowczo poprawił mi humor!) 

niedziela, 14 grudnia 2008

Ej Filip. Nie lubię cię, ale bardzo doceniam.

Dzisiaj jest zawsze. On nie może przestać. To jest jedyna rzecz której nie może zrobić. Pamiętaj.
Przyjmij prezent. Nie bój się. 
Śpiewamy numer 36. 

sobota, 6 grudnia 2008

no tak

Nie ma, że dobrze. Nie może być dobrze. A jak już jest to koniecznie się musi spieprzyć. Bo czemu niby ma być dobrze? Żeby mi było miło? Ech... Dobranoc.

wtorek, 2 grudnia 2008

indie-power

Nigdy się nie spodziewałam, że tak się stanie. Ale stałam dwa dni w holu na uksfordzie i z uśmiechem na ustach, śpiewnym tonem zaczepiałam obcych ludzi, zachęcając aby podpisali się pod listem do ambasadora Indii w Polsce, by pokazać, że studenci nie są obojętni. Co najlepsze, wielu z nich musiałam osobiście powiedzieć co się tam w ogóle dzieje, bo przecież media naprawdę o tym nie mówią. Na koniec dzisiejszego dnia mieliśmy 396 podpisów. Myślę, że to niezły wynik jak na tak spontaniczną akcję.
Cieszę się, że coś robię na tej uczelni poza zwykłym siedzeniem na wykładach. A to zwykłe siedzenie często kończy się na drzemce przy pulpicie, względnie na czyimś ramieniu. Organizm walczy o godziny których nie dospał. A ostatnio z tym spaniem było dziwnie, bo z piątku na sobotę - ani minuty nie spałam, z soboty na niedzielę - od 6 rano do 11, a z niedzieli na poniedziałek znów nic. Przy czym w poniedziałek wybrałam się na laudesy, potem długi i intensywny dzień i to trochę pewnie wpłynęło na to, że przespałam cała noc i udało mi się wstać znów dziś. Mam nadzieję też na jutro - także kończę, jak zwykle zgubiłam po drodze puentę...

sobota, 29 listopada 2008

Radykalna ??

Och, zrobiło się zimowo, choć śnieg już zdążył stopnieć, mroźne powietrze jednak mnie nie oszczędza. Chciałam ostatnio coś bardzo zmienić w swoim życiu, jakieś takie przyzwyczajenia, które powoli zaczynają mi przeszkadzać, moje niezorganizowanie i tym podobne rzeczy, no i zasmakowałam tego innego trybu po czym zaliczyłam pierwszą na tym polu porażkę. Częściowo z mojej, częściowo nie z mojej winy. Nie będę się nad tym długo rozwodzić, w każdym razie już dwukrotnie się czegoś podjęłam i nie udało się zrobić. Nie jest to nowość w moim wykonaniu, aczkolwiek przeszkadza mi bardziej niż kiedykolwiek. Pierwszy raz w życiu doświadczam na własnej skórze co to znaczy naprawdę nie mieć czasu, z jednej strony mi się to strasznie nie podoba i chciałabym tego czasu nie musieć poświęcać. Jakaś część mnie jednak z drugiej strony wyrywa się do tego i chce za wszelką cenę podejmować się działania. Najlepiej kiedy widzę na horyzoncie cel, i mam tę świadomość, że dam radę. Przy odrobinie poświęcenia. Radość i satysfakcja przy jednoczesnym uczuciu niesamowitego zmęczenia zaczęły mi nawet trochę smakować. Być może dlatego właśnie zdecydowałam się na udział w przedsięwzięciu dla mnie nowym, mianowicie w angażowaniu się na studiach, wykraczającym poza samo bycie i zwykłe zajęcia wg planu, ale też w prace z bierzmakami, wykraczającą poza cotygodniowe spotkanie i gadanie. Potrzebuję dużo PB w tym. Wróciłam do Niego ze spuszczoną głową, a On mi powiedział, żebym się nie bała, głowę podniosła, bo moje życie dzieje się naprawdę, dzieje się właśnie tu i teraz, i nikt go za mnie nie przeżyje. On mi może tylko (aż?) zaproponować jakieś rozwiązanie. Ta propozycja wiąże się naprawdę z dużą dozą radykalizmu, ale jeśli w to wejdę - mogę tylko zyskać. Nie jest łatwo, ale po raz kolejny próbuję w to uwierzyć.

piątek, 7 listopada 2008

jesienne dukanie

Lubię czekoladę arbuzową milki. I odkryłam też, że kiedy idę przed siebie, czasem zataczam jakieś dziwne kołopodobne kształty, które po roku prowadzą mnie w to samo miejsce, z którego wyszłam. Tak przynajmniej zdarzyło się tym razem. Rozpoczęłam tę konkretną wędrówkę w okolicy Kabat. Tak sobie szłam, dość dlugo, dotarłam nawet na Bielany. Zapominając dawno, co minęłam, co po drodze się działo. I ostatnio jechałam zupełnie nieświadoma tego, że to jakiś powrót. Wsiadłam w metro, chciałam się dostać na Natolin, obok mnie wsiadła z tym samym pragnieniem D.. Ta podróż miała zakończyć się normalnie. Ale dołączyły do mnie motyle. Wpełzły, nie wiem jak, do mojego brzucha i tam siedzą. Znowu. Po prawie roku. Nieznośne uczucie, na którego brak narzekałam. Tylko czemu w tym samym miejscu? Jesień. Ktoś mi do buta zapukał. Jak temu w koszuli.

czwartek, 16 października 2008

misjo

Wielka Misjo, która stoisz przede mną!
Daj mi siły na pięć lat najbliższych.
Daj odwagę na dobra krzewienie.
Daj wiedzę do życia potrzebną.
Daj poczucie wielkiej radości z każdej nowej osoby.
Daj trudy, które mię kształtować będą.
Daj krew i pot, który z obłudy mię obmywać będą.
Daj cierpliwość, męstwo i rozsądek.
Daj miłość, przyjaźń i szacunek.


Ulka daj spokój... To tylko studia...

sobota, 13 września 2008

Do Niej.

Chciałabyś wszystkim pomóc ale ci się nie chce za to wziąć. Chciałabyś ze wszystkim zdążyć, ale nie masz czasu. Chciałabyś zrobić wiele rzeczy ale nie zrobisz, bo nie widzisz w nich sensu. Chciałabyś, żeby wszyscy uważali Cię za kogoś, za kogo Ty uważasz samą siebie. Ale to nie takie proste. Twoja prawdziwa postać nie zgadza się z tą, którą sobie wytworzyłaś w wyobraźni. I dlatego ciągle się zawodzisz. Nie na kimś. Z reguły zawodzisz się na samej sobie. Z tym jest najtrudniej. Bo nie chodzi o to, że ktoś nie zrobił - to Ty nie zrobiłaś. Nie chodzi o to, że ktoś nie pomógł - to Ty nie pomogłaś. Nie chodzi o to, że ktoś nie zdążył - to Ty nie zdążyłaś. I znowu przez to, że Ty nie zrobiłaś, ktoś coś powiedział. I to zabolało. Zawsze boli przez kogoś. I tym kimś jesteś Ty. I już nie jest tak, że pogadasz pod nosem, ponarzekasz, ba, wygarniesz tej osobie i poczujesz się lepiej. Nie. Teraz jedyna opcja to upokorzyć się i przyznać do błędu. Nie jest łatwo.

niedziela, 24 sierpnia 2008

Jest ekstra.

Mimo, że jestem już stara, rozwalają się rzeczy, które miały być na zawsze, pogoda w Toruniu nie sprzyjała, nie mam pieniędzy, impreza zarobiła 2 mandaty. Mimo tego wszystkiego jest ekstra. Jestem uśmiechnięta, nie mogę się sobą nadziwić, bo tak niedawno jeszcze wszystko było złe.

piątek, 11 lipca 2008

Kuchnia lekkostrawna i dietetyczna.

Przepis na obiad z łososiem

1 dzwonko łososia
3 plasterki cytryny i jeszcze trochę
przyprawa do ryb
4 ziemniaki
1 pomidor
odrobina masełka

Ziemniaki obrać, umieścić w garnku osolonej wody i gotować około 15 minut. W tym czasie rozgrzać piekarnik, dzwonko opłukać, przyprawić przyprawą do ryb, obłozyć plasterkami cytryny i wstawić do piekarnika. Dojść do wniosku, że lepiej obrać cytrynę ze skórki. Wyjąć łososia. Zdjąć cytrynę. Obrać ją ze skórki. Położyć na łososiu. Wstawić spowrotem. Podpiec, ustaliwszy jaki ma mieć kolor - wyjąć. Pomidora sparzyć obrac ze skóry, pokroić w plastry. Odcedzić ziemniaki, położyć nań masełko. Podawać razem. Jeśli ktoś lubi ryby - smacznego. Jeśli ktoś (tak, jak ja) ich nie znosi - gratulacje - świetnie, że pościsz w piątek.


Przepis na Ciasto

1 pozadne sypnięcie cukru
3 całe jajka
1 czubata łyżka kakao
trochę cukru waniliowego
7 łyżek mąki i jeszcze parę
2 dolania mleka
szczypta prochów do pieczenia
odrobina oleju i bułki tartej

Jajka utrzeć z cukrem, dodać kakao i cukier waniliowy, trzepać trzepaczką, aż wygląda tak, że babcia myśli, że to polewa czekoladowa. Dodawać po łyzce mąkę, stopniowo, powtarzając pod nosem za każdym razem słowo "faliternah" co w języku staroafrykańskich plemion nic nie znaczy. Następnie wymieszać dokładnie. Jest zdecydowanie za gęste, więc dolać mleka. Ponieważ najprawdopodobniej się chlusnęło, dosypać parę łyżek mąki, i znów rozrzedzić, bo ponownie stało się za gęste. Dodać prochy do pieczenia. Na końcu, bo wcześniej się zapomniało. Na ręce umieścić odrobinę oleju, wysmarować formę, obsypać bułką, wlać masę, upiec.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

czasem bywa smutniej.

Brak konsekwencji, konflikt rozsądku i uczuć, umiejętność rezygnowania z czegoś na rzecz czego innego, nagła zmiana planów, wzrost cen biletów ztm, brak środków na koncie, koniec paczki, nieobecność nieobecnych i nadmierna obecność obecnych, perspektywa kariery, decyzje na całe życie lub chocby na kilka lat, przemijanie, nadmierna wylewność własna i okropne zamknięcie cudze, a tak moje, "bez początku i końca" - bez sensu. Można przebierać. Przebieramy w powodach do radości.

środa, 4 czerwca 2008

magia miejsc

Jest coś takiego jak magia miejsca. Dom, niby nic a przyciąga. Zwykłe pola, drogi, tradycyjna wieś, sklep wielobranżowy, oczywiście z oranżadą do nabycia, po drodze do kościoła, przy którym oczywiście mamy znak radia maryja. Nic nadzwyczajnego. A jednak, coś jest takiego, co sprawia, że w takie miejsca chce się wracać. Coś co w dziwny, niezrozumiały sposób powoduje, że ludzie, którzy tam są, potrafią wytrzymać ze sobą wiele dni, bez żadnych konfliktów. Przeciwnie, rozumieją się, potrafią dogadać, okazują się sobie podobni. I to na płaszczyźnie czysto koleżeńskiej, co jest w tym najpiękniejsze. Przyznam, że jeszcze tak nie miałam. Ja też.

piątek, 11 kwietnia 2008

Wieści z Beirutu...

To nie jest dobra wiadomość. Jak człowiekowi podoba się jakaś muzyka i wyczytał, że może jej posłuchać w swoim kraju na koncercie, a zaraz potem dowiaduje się, że pan śpiewak zmienia plany na wakacje i nie wpadnie, to tenże człowiek ma prawo do poirytowania.

Odkrycia dokonałam stosunkowo niedawno. Śledziłam majspejsy różnych znajomych i trafiłam do Luke'a. W jego plejliście znajdowały się dwa utwory. Pierwszy to Hoppipolla Sigur Ros, które też mi się bardzo spodobało, a drugim okazało się być Nantes Beirutowe. Te dźwięki wprawiły mnie w takie jakieś pozytywne poczucie, że wszystko będzie dobrze. A już strona www.beirutband.com i na niej dźwięki dopełniły całości. I w związku z tym nawet nie dręczy mnie tak ta myśl, że nie mam pieniędzy na open'era. Szkoda, bo i Gentleman, i CocoRosie, i nie wiem co jeszcze, warto jednak usłyszeć w plenerze. Ale, jak mawiają, całe życie przede mną.
Będzie super ekstra szaleńczo! Niezależnie od wszystkiego:)

niedziela, 10 lutego 2008

haj mountejns

Jedziemy w góry, skład dość zwierzęcy bym powiedziała, ptactwo(kondory i wróble), potwory morskie(ryp) oraz dwie słonice(słoń i słoń). To będzie wyjątkowo cudowna wycieczka wgłąb kraju i górskich kurortów. Zobaczą państwo zabytki klasy zerowej z czasów pierwszego zlodowacenia alpejskiego ale także przepyszne dzieła sztuki kulinarnej naszych wspaniałych prowadzących Gustawa i Felicji. Jeśli mają państwo jakieś pytania, zachęcamy do odwiedzenia naszej strony internetowej wu wu wu kropka wspaniałe inwestycje króla kaloryfera kropka pe el. Zapewniamy o wysokich standardach europejskiego rokendrola.

czwartek, 17 stycznia 2008

A gdyby tak?

Jak kamień w wodę. Przepadłam. Zginęłam. Znowu. To zupełnie nie ekonomiczne. Zupełnie nie potrzebne. Przecież tak jak jest teraz, nie jest źle. Nie trzeba się wysilać. Nie trzeba się starać. Dlaczego? No, bo przecież nie ma dla kogo. A gdyby było dla kogo, trzebaby od razu zmienić styl bycia. Na zwiewnego motyla najlepiej. Skaczącego w rytm. Po liściach.
Przecież, mi jest dobrze. Przecież nie potrzebuje nikogo. Niczyich słów, niczyich gestów. Jestem zupełnie niezależna. Jak niezależna prasa.
Ależ zaraz! Może ja wcale nie chce być jak prasa. Być czyimś obrazem, a nie swoim własnym? Może chcę pokazać siebie tak jak lubię. Niekoniecznie jako motyla, ale jakoś inaczej niż teraz. Bo teraz jest zimno i ogólnie mało się uśmiecham. Ale gdy przyjdzie wiosna miło byłoby pójść na spacer, ale tak zupełnie na spacer. Po chmurach, między gwiazdy. A propos gwiazd. Na koncerty możnaby, i wychodzić. Mogłoby się raz spełnić marzenie.