poniedziałek, 1 lutego 2010

niczego nie planuję.

to po prostu we mnie dojrzewa i staje się coraz bardziej wyraźne.
wyobrażam sobie, że właśnie tak będzie.
nie do końca obudzona pobudka na powiedzenie "dzień dobry, miłego dnia", potem próby dobudzenia się na własną rękę, flegmatyczne dopasowywanie się do ogólnie obowiązujących norm wyglądu.
potem śniadanie przed tv, albo chętniej z trójkowym budzikiem, szykowanie obiadu, godziny spędzone na przeglądaniu przepisów, katalogów z meblami, czytaniu cudzych myśli i pomysłów.
czasem napisanie czegoś pożytecznego, zredagowanie paru stron czegoś na zamówienie.
porządkowanie i sprzątanie w mieszkaniu, rozrywka przy mikserze, trzepaczce do jajek, piekarniku, formach, foremkach i innych przyrządach do tworzenia deserów, które niejednemu sprawią frajdę.
potem sprzątanie po tychże kulinarnych wybrykach, nakarmienie głodomora/ów i wspólny czil. chciałabym tak.

wtorek, 26 stycznia 2010

nie umiem nadstawiać żadnego z posiadanych policzków

nie wiem, nie potrafię tego słuchać. wybucham jak nie przymierzając wulkan pełen parzącej lawy. cholera, czy już jak się wyjawi komuś bliskiemu jakąś ważną dla siebie rzecz, radosną w treści, to czy oczekuje się bezustannego komentowania wszystkiego co się tej osobie kojarzy z tą rzeczą? i jeszcze żeby to były komentarze radosne, motywujące, pomysłowe... nie, trzeba mi krótko mówiąc dosrywać na każdym kroku. mówić, że i tak nie dam rady, że mam złe nawyki, że nie ogarnę, że będę taka i taka, zła, pyskata, krzycząca, niedobra, niepotrzebna, piąte koło u wozu.

dobrze, że rzeczywistość wprowadza codziennie korektę, bo ostatnich kilka poranków mnie mocno frustruje.

aniele boży stróżu mój
i znów jest coraz bardziej fuj
bo trochę jest też jeszcze miło
ale by milej dużo było
gdyby się fuj całkiem skończyło
bo pełniej by się żyło

środa, 20 stycznia 2010

suburbia mnie

wczoraj przespałam zachód, a dziś przesprzątałam wschód. albo przejadłam. nie wiem, po prostu go nie zauważyłam. nie wiem co mam ze sobą zrobić. wstawanie to coś co mi nie daje zasnąć. dziś nie musiałam wstawać więc zasnęłam szybko. ale jak tylko mi się przyśniła sytuacja taka, że miałam zasnąć, żeby wstać to już się o 5 obudziłam się (tak, wiem, obudziło mnie trzaskanie drzwiami), kompletnie nie wyspana, ale bez szansy na ponowne zaśnięcie. próbowałam do prawie 6. bezskutecznie. nie wiem, jeśli dziś będę po czterech godzinach snu miała problemy z zaśnięciem wieczorem to już sama nie wiem co robić. do lekarza nie chcę. do psychologa i innych psycho się boję, mi się nie uśmiecha patrzenie wgłąb samej siebie, napełnia mnie to bowiem obawą, że umieszczę siebie jeszcze bardziej w centrum niż dotychczas. a ja już się znudziłam sobą w centrum. chcę się wysłać na obrzeża. żeby mnie mało było. żebym ja była co najmniej na drugim miejscu.

wtorek, 19 stycznia 2010

jeśli w pokoju jest duszno, możesz łatwo wpuścić odrobinę powietrza otwierając okno...

...czyli jak nie popaść w paranoję, zapragnąwszy zaprowadzić ład w domu.

lubię porządek, ale nienawidzę sprzątać. lubię czystą kuchnię, a nie znoszę zmywać. jak to wszystko pogodzić? jak nie oszukiwać się po raz kolejny i wreszcie zamiast ukrywać bałagan, pozbyć się go?
naprawdę chciałabym, żeby nasz przyszły dom był domem idealnym. zamieszkanym, nie sterylnym, ale porządnym. i zaczęłam o tym niedawno myśleć. podobno bez ćwiczeń się mięśni nie wyrobi, także ja te moje zwiotczałe mięśnie sprzątające próbuję teraz przeprowadzić przez jakąś rehabilitację. częściowo ogarnęłam ubrania. ale te 20 kg odzieży, nie chce zniknąć. ciągle stoi, popakowana w kartony i worki, w tym moim mikroskopijnym pokoju, od którego zaczęłam wprowadzanie ładu. No dobra nie jest taki mikroskopijny, niektórzy mają podobnej wielkości mieszkania, ale to nie jest standard. w każdym razie, ciężko to zrobić. a prezent dla mamy, który miał być żarcikiem, pozostał w moich rękach i choć niektóre rady pani królowej czystości vel perfect housewife są do bólu oczywiste, albo straszliwie przesadzone, to sporo jednak jest takich, które chciałabym wprowadzić w życie, a już na pewno zaprowadzić je w naszym domu. no i nie obraziłabym się, jakby mnie kiedyś ktoś nazwał perfekcyjną kurą domową czy jak to się tam mówi na te co siedzą w domu i spełniają się jako żony i matki. bo taką właśnie kobietą chciałabym być. dziś na 10 godzin przed egzaminem z psychologii jestem tego wprost pewna. boję się trochę presji otoczenia, rodziny dalszej mojej i bliższej nie mojej. ale tę pewność mam od dawna i teraz ona się potwierdza. chcę gotować, sprzątać, porządkować, urządzać, wychowywać i marzę o tym, żeby działo się to bez obecnego zaburzenia rytmu okołodobowego.

środa, 13 stycznia 2010

chałtura część pierwsza.

pisanie. będę pisać. dobrze mieć takiego korektora i recenzenta jak ja mam. powiedział co, gdzie, na co zmienić, co poprawić i jeszcze na koniec stwierdził, że umiem pisać. choć mi samej wydawały się te moje wypociny szczeniackim bełkotem. ale poszło. pierwszy artykuł dla prestiżu i pieniędzy - napisany. wysłany. zaakceptowany. zostałam pochwalona przez osobistego i jestem z siebie dumna. kurcze, korci mnie to rzucanie studiów, jak nie wiem co.

aniele boży stróżu mój
ty zawsze przy mnie stój
stój kiedy jest ciemno i kiedy bezsilnie
gdy nie chcę już więcej uczyć się pilnie

już nigdy nie chcę. już zawsze stój. korci.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

zwęglony ziemniak

nie lubię słowa ziemniak. kartofel z resztą też. ale mi się przypalił. bo niektórzy ludzie ze mną spokrewnieni, mają mi za złe, że jeszcze walczę o uznanie na uczelni. jak się dowiedziałam, że za zmyślenie obserwacji, którą powinnam była przeprowadzić, ale zabrakło mi chęci, czasu i zapału dostałam ocenę dobrą, to stwierdziłam, że może wykorzystam ten powiew. kręci mnie moja nadinteligencja, która sprawia, że podczas gdy inni wkuwając dostają ndst. lub dst.- ja dostaję db lub db.+, albo kiedy nikt nie wie co powiedzieć, pozwala mi znaleźć odpowiednie zdanie, które zapewnia mi przychylne spojrzenie pani wykładowczyni.
pisałam, że za złe mi ma człowiek. człowiek myśli, że jak mam tyle lat i miano studentki to znaczy, ze mam wiecznie wolny czas na odwiedziny. jasne, to może tak nawet wyglądać czasem, ale tak nie jest. nawet jak mam ten wolny czas to i tak mi to nie zmienia za dużo, bo czas ów jest w tych głupich godzinach, o czym wspominałam poprzednio.
a nie, jednak pisałam o zwęglonym ziemniaku. i cebulce i polędwiczce. polędwiczka to rodzaj pamiątki. a my dziś lubimy pamiątki. i chyba gdzieś zgubiłam instrukcję obsługi od prezentu i muszę iść do serwisu.

aniele boży stróżu mój
co stoisz przy mnie dzielnie
spalony ziemniak jest mocno fuj
i ciężko domyć patelnię.

piątek, 8 stycznia 2010

praca

od kilku dni próbuję zasnąć w nocy. bezskutecznie. na nic domowe sposoby, na nic melisa, uspokajacze, na nic wino, na nic zmęczenie fizyczne. przestawiłam się i koniec. zasnąć mogę, owszem, ale nie w nocy. zasypiam średnio koło szóstej rano, tak zmęczona, że próba wstania godzinę lub dwie później spotyka się z radykalną odmową całego organizmu. nie pojmuję dlaczego tak łatwo przestawić się w tym kierunku, a tak trudno wrócić do tak zwanego normalnego trybu życia.
ach, mój tryb życia. element pożądany. chciałabym jakiś mieć. jakiś ustalony porządek dnia. 7.00 - pobudka, 7.15 śniadanie, 8-14 zajęcia na uczelni, 15-17.30 coś, 18-21 spędzanie czasu, 22 wieczorne ablucje i spać. ale to samo w sobie jest nierealne. bo jak się studiuje w tym kraju dziennie, to się ma zajęcia rozrzucone po całym dniu między 8 a 20, oczywiście z takimi okienkami, w tak głupich godzinach, że nic w międzyczasie tak zwanym wcisnąć się konstruktywnego nie da. a dodatkowo pan Wi., miłośnik pracy, jak już o 17.30 zakończy swój korpo-dzień, to jeszcze z uśmiechem na ustach dopieszcza swoje chałtury w domu, a potem jest już tak zmęczony, że sił starcza mu na odprowadzenie mnie do domu, względnie herbatę i kanapki u mnie. a jeśli zamienimy to miejscami to wtedy siedzi do nie wiadomo której godziny i następny cały dzień bardziej niż przodownika pracy i tryskającego energią młodzieńca, przypomina zombie.
oczywiście, mogłabym rzucić studia. mam w tym nie lada doświadczenie. rzucanie studiów dla pracy. niezła rzecz. ludzie bez wykształcenia od razu patrzą na ciebie przychylniejszym okiem - zarabiasz hajs, więc na pewno masz coś do powiedzenia. jednak rzucenie studiów zamyka twoje mające coś do powiedzenia usta przed tymi, którzy swoje studia pokończyli. dla nich ktoś, komu huragan nie zniszczył domu, ewentualnie komu dziewczyna nie zaszła w ciążę, a kto rzuca studia jest po prostu nieroztropny. ja po pierwsze nie mam dziewczyny ani dziecka na utrzymaniu, po drugie nie było ostatnio załamań pogodowych tak drastycznych, abym straciła dach nad głową, zatem w oczach mojego wykształconego lub z lubością kształcącego się środowiska po raz drugi straciłabym twarz. no ale nie powiem, korci mnie taka perspektywa. i jeśli po zbliżającej się wielkimi krokami sesji, okaże się, że uczelnia z rolniczymi tradycjami nie uznaje mojej wiedzy za dostateczną, dobrą lub bardzo dobrą, może będzie mi przez chwilę smutno, jak zawsze, kiedy okazuje się, że coś w życiu nie wyszło, ale chyba po prostu rozejrzę się, za jakąś ludzką robotą. pierwszy raz w życiu, kręci mnie myśl o pracy. jawi mi się ona jako wybawienie i dostateczna motywacja dla wstawania rano z łóżka. jasne, czasem mam też inne motywacje, typu adwentowe wstawanie na 6 z panem Wi. i późniejszy z nim lans w kawiarni. ale póki co adwentu nie ma, wielkie przed wielkanocne o 6 wstawanie jeszcze przed nami, ale praca, tak, kręci mnie ta myśl. kiedyś, będę chciała być tylko perfekcyjną hausłajf, ale teraz marzy mi się kariera. i tak jakoś mimo mojej wielkiej sympatii do dzieci, czuję, że nie o karierę niani mi chodzi.
matko, takie nocne wypociny klawiaturowe, przelewanie tysiąca myśli na ekran, niestety tylko mnie to dziś rozbudziło, zamiast zmęczyć oczy. a dziś powinnam być świeża jak wiosenny kwiat, skoczna, radosna, śpiewająca i nie wiadomo co. ech, może wycisnę trochę sił z wymuszonego 3 godzinnego snu koło 6 rano, kawy i rodzinnego ciastka, zanim w frajdejfanowy dzień pan Wi. umili mi resztę dnia.

piątek, 1 stycznia 2010

2010

uhuhu no to już w przyszłym roku?
szczęśliwego nowego!!!

sobota, 26 grudnia 2009

w Boże Narodzenie najważniejsze są prezenty

lubię sobie przypominać, że Szef dał mi prezent. i że tego prezentu nie wypadałoby zmarnować. w końcu to Szef, nie?
samo to, że zauważyłam, że dostałam - to jest taki mały cud. bo może i wcześniej prezenty były, były na pewno, bo to nie ten typ szefa co nie daje prezentów. tylko ten mój Szef, prezenty daje bardzo subtelnie. także zauważenie tego prezentu było dla mnie niesamowite.
a sam prezent? to chyba najfajniejszy bajer jaki w życiu miałam, bo się go dostaje co chwilę od nowa. można by pomyśleć, że nie da się w takim razie zmarnować tego prezentu, skoro jest codziennie, albo nawet parę razy dziennie dawany mi od nowa. ale na ulotce, małym druczkiem było napisane, żeby uważać, bo to łatwopalne. łatwo palne. łatwo spalić. płonie - znika. a potem się żałuje. dlatego, jak już to doczytałam, po parokrotnym trzymaniu prezentu w niebezpiecznie małej odległości od otwartego ognia, poprosiłam Szefa, żeby mi dał to powiększoną czcionką, a najlepiej wygrawerował na jakiejś niezniszczalnej blasze, którą mogłabym sobie powiesić na szyi albo nosić na ręku zamiast zegarka.
no i Szef, co ciekawe, zamiast się wkurzyć, że ja taka nieogarnięta, że sama nie potrafię tego załatwić, ba, że nie potrafię zapamiętać jednego słowa - ł a t w o p a l n e, powiedział
-dziewczyno, wpadaj do mnie, codziennie ja ci będę pomagał, przypominał, razem będziemy grawerować, po jednej literce. zajmie nam to więcej czasu, ale wiesz, spędzimy go razem a to zawsze miło, być w przyjaźni z pracownikami, czyniąc z nich, w odpowiednim momencie, swoich współpracowników. poza tym, ten prezent, co ci go dałem, on ma wiele takich wiesz, tajnych opcji, na ulotce nie napisałem...
- Szefie, Ty nie napisałeś? Ty piszesz ulotki? - wyrwało mi się.
- no a kto ma pisać, jak nie Ja? przecież ja go zrobiłem! już zapomniałaś? nic się nie stało, to też będziemy grawerować na tej twojej blaszce.
to jest naprawdę świetne. taka perspektywa współpracy z Szefem, dodatkowo można się uczyć o prezencie, też o sobie można się uczyć. Szefa bliżej poznać. kurcze, same plusy.


w tym roku znowu Syn Szefa przyszedł nagle. i w domu bym tego nie zauważyła, bo walczyłyśmy ostro żeby o tym zapomnieć. do ostatniego momentu. kiedy już poszłam, przeczuwając, że może przyjdzie, choć nie odrzucając tak zupełnie myśli, że może w tym roku zechce odpocząć i tego znów nie przechodzić, tej zimnej, śmierdzącej stajni, tego całego syfu, tych niewdzięczników niegościnnych... a jednak powiedział do mnie, takiego pastucha niemytego : "chodź, ja ci przebaczam, nie obawiaj się, dopiero się urodziłem, nic ci nie zrobię. jestem mniejszy od ciebie, możesz mnie przytulić." cuda się dzieją w święta. cud prezentu, jakim jest Wi., cud przebaczenia, cud nadziei na nowe, codziennie nowe, cud narodzenia, cud Słowa. cud, że to widzę.

aniele boży stróżu mój
ty w święta śpiewasz "gloria"
że "in excelsis" śpiewasz "Bóg"
a na ziemi ta sama historia

że chwała brzmi na wysokości
na pewno masz świętą rację
ale w tym roku Bóg przyszedł w gości
i w moim zjadł domu kolację

choinki nie było, prezentów mało
a jednak nie wzgardził człowiekiem
i sam w to małe nieboskie wszedł ciało
i poił się matczynym mlekiem

aniele boży stróżu mój
człowieka Bóg dziś odnawia
i Boskie wlewa tchnienie w znój
od grzechu od nowa wybawia

kotłuje mi się tego więcej w głowie, ale zrobiłam się senna i wykorzystam moment. dziękuję ci Szefie, że dałeś mi tak dużo, choć po ludzku nie dostałam prawie nic:)


niedziela, 6 grudnia 2009

a to dopiero.

no, to teraz jestem pewna. w życiu, niczego bardziej nie byłam. czasem potrzebuję pojechać tam gdzie nie chcę, gdzie jest niewygodnie i daleko. czasem po prostu muszę się zatrzymać i zaufać. i podnieść głowę. chcieć baldachim i mówić komuś co takiego jest innego za jakiś czas. śmieszne, bo On się jeszcze upewnia, czy do mnie dotarło i trzy razy wraca z tym samym. czeka na potwierdzenie odbioru. a ja nic, tylko odbieram i dziękuję.

anioł stróż
czeka już

czwartek, 26 listopada 2009

sennie niesennie nasennie bezsennie

a już byłam śpiąca. nie potrafię zrozumieć, dlaczego niektórzy jak mają coś do powiedzenia to nie mogą się zamknąć i poczekać do normalnej pory tylko muszą mnie wytrącać akurat około pierwszej w nocy, kiedy to po raz pierwszy od tygodnia miałam naprawdę senny wzrok i chęć zaśnięcia z wolą wstania rano. a teraz, nie mogę już się położyć, bo doświadczeniem nauczona wiem, że jeśli teraz się położę, to w tym tygodniu nie dowiem się co z moim testem z francuskiego. spoko. są ludzie, którzy o tej porze wstają do pracy normalnie. to może zafunduję sobie kawę, plussza active, pójdę po bułki i będę idealną, poranną housewife. szit. nienawidzę tego. lubię się kłócić, ale błagam, nie przez telefon, nie ze znajomą i nie o pierwszej w nocy. to mnie kompletnie rozwala. no i o pierwszej w nocy nie mogę się poskarżyć, bo śpi. ech, naprawdę ciężkie życie mają ludzie z własnym zdaniem. ja mam własne zdanie i nie mogę z tego powodu spać. czasem mi się wydaje, że może powinno się iść jak tłum. robić to samo, powielać wcześniej ustalone schematy działania. miałoby się mniej kłopotów. ale jakie to byłoby nudne okrutnie. przeczytałam milion książek, wypiłam prawie litr melisy, dostarczyłam organizmowi trochę substancji trujących, zjadłam dwa gripexy i pięć cerutinów, a wcześniej kanapki z czosnkiem, zapakowałam się w ciepłe skarpetki, dres, wrzuciłam kaptur na głowę i kurde mogłam sobie leżeć pod tą kołdrą i ani na moment nie usnęłam. serce mi waliło, byłam wściekła. różaniec uspokoił na moment nerwy, ale nie uśpił. teraz mi się wydaje, że nie było o co się wściekać, znajoma ma inne zdanie, ja inne, moje niestety nic tu nie znaczy, więc wypowiedzenie go po raz enty nic nie zmieni. i tyle. można by nad tym spokojnie przejść do porządku dziennego(czy też może nocnego), ale jakoś ten cały dzień był napięty i to przeważyło. jak tak wściekła, zwinięta w kulkę leżałam pod tą kołdrą to nawet mi parę łez pociekło, takich bezsilnych, nawet nie z tej wściekłości samej, tylko z tego nienormalnego spania. bo ja to bym czasem chciała tak, budzić się o siódmej wyspana, zasypiać o dwudziestej trzeciej po dwugodzinnym czilu z książką. a tu mam co mam. najszczęśliwsze chwile, złapane w końcówkach dni, ale niestety z niedospanymi nocami. ta będzie najdłuższa z niedospanych. za sześć godzin zaczynam francuski, jeśli teraz się położę wstanę za szesnaście. nie mogę opuścić francuskiego więc decyzja jest prosta. nie spać, nie spać, nie spać... potem w dzień być trzeźwo myślącą studentką, odebrać sukienki i dotrwać do wieczora aby zaśpiewem swym chrypliwym ubogacać lud wierny. dobrze, że chociaż mam taką dziwną umiejętność znajdowania czasu dla pana Wi., bo coraz bardziej się przyzwyczajam do dzielenia go z nim.

aniele boży stróżu mój
czy musi być tak szybko fuj?
me smutne myśli szybko truj
by stróżu mój nie było fuj

czwartek, 19 listopada 2009

to było jakoś tak

o tak, teraz ta herbata by mi się przydała. nie mówię, że jest mi zimno. po prostu przy herbacie dobrze się myśli. a ja mam o czym myśleć ostatnimi czasy. dobra, mam herbatę, można myśleć.
oto stało się tak, jak gdyby nigdy wcześniej nic innego się nie działo. wskoczyłam swobodnie na swoje miejsce, które najprawdopodobniej było do tej pory dla mnie grzane przez sama nie mam pomysłu kogo, ale tak naprawdę czekało na mnie. wielką mam nadzieję, że to moje naprawdę, będzie wyjątkowo prawdziwe, z prawdziwych najprawdziwsze. moim przedmiotem rozważań wieczornych (tak, tak wiem, normalni ludzie wieczory obchodzą raczej wcześniej niż o czwartej nad ranem, jak to czynię ja, ale usilnie, od wielu lat walczę o swoją nienormalność) jest od pewnego okresu sprawa mojej przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, co w połączeniu z horacjańskim carpe diem, z którym próbuję się zaprzyjaźnić, sprawia mi nie lada zagwostkę. mogę myśleć o sobie jako o osobie, a mogę jako o jednej piątej osoby, albo jednej drugiej osoby, wreszcie jako osoby drugiej osoby. tempo w jakim osobowości nasze się zaplątały wprawia mnie w lekkie osłupienie. ale jest to osłupienie uśmiechnięte. strasznie mi się podoba ten stupor. i ten upór, z jakim wierzę, że to jest coś odwiecznego i na amen.
pokonuję jakieś bariery, zapalam światła, otwieram drzwi, nie dobieram słów. przypomina mi się seria książek z dzieciństwa - patrzę, podziwiam, poznaję. najlepsze jest to, że nie muszę się zastanawiać, bo Ktoś tym kieruje. mam oczywiście wolną wolę, która jest momentami, zdaje mi się, strasznie szybka. ale nad tym jest ten On. wszystko nabiera kształtów, jak za starych dobrych czasów w Raju. ja temu powinnam nadawać jakieś nazwy, ale póki co powstrzymuję się i obserwuję. czekam na ciąg dalszy. a po nim jeszcze dalszy, i dalszy. niby daleki, a niezwykle bliski.

aniele boży stróżu mój,
stój przy mnie dziś, gdy nie jest fuj,
stój przy mnie też gdy będzie fuj
aniele boży stróżu mój

środa, 14 października 2009

zimna sucz

no to jest jakieś leciusieńkie przegięcie. ja nie mówię, że Szef coś źle ten tego, ale jeśli to nie On, to znaczy, że już mamy koniec świata skoro nawet pory roku już są nieposłuszne i robią co chcą. człowiek chce być pilny, chce dać z siebie sporo, ale taka zima, że hej. ktoś dowiódł, że od zimna się wszystko kurczy. i mi się kurczą chęci i serce od zimna. ja się robię bardzo zamknięta w sobie zimą. zwłaszcza jak się owa zima zaczyna w połowie października. pff.

wtorek, 29 września 2009

jesień

znowu przyszła. młodsza siostra zimy. albo starsza, wszystko jedno. w ogóle mnie to nie obchodzi. nie lubię jej prawie tak samo, przynajmniej w takie dni jak dziś. jest zimno, ja mam katar i boli mnie gardło. no i chciałabym żeby było ciepło. zwłaszcza, że jutro zaczynam brand new studia. oby medykamenty pomogły, bo nie chcę witać nowych znajomych chrypą i czerwonym nosem.

piątek, 18 września 2009

mam świra, rozdwojenie jaźni, zaburzenia tożsamości i dwubiegunówkę.

Co jest do cholery, mowę wam odjęło? Wszyscy mają dookoła przewlekłego pmsa i ja za to muszę płacić. I jeszcze jakieś idiotyczne: "No Tośka opowiaaadaj, no? co tam? no Tooośka mówże". Świra można dostać. A dlaczego nie pijesz? No jak się napijesz to lepiej będzie ci się tańczyło. Ale ja nie chce. A jak ci się nie podoba to nie tańcz. Jak nie lubisz - nie śpiewaj. Tylko żebyś mi potem nie mówiła, że ja nie ostrzegałam. A jak on ma dziewczynę? No to ma, i kij mu w uszy, nie to nie. Że co? Nie można się do mnie dodzwonić? No, nie można! Bo ja czasem muszę spać drodzy moi. Nie ma, że ja na kazde zawołanie. Kurde i jeszcze może byś mi kawy zrobił? A chętnie proszę. No kuuurde bez mleka idioto, jeszcze raz. Nie chce mi sie tam iść? Tobie się nie chce? Mi się nie chce bardziej. W co ja mam się ubrać? A ubierz się w worek i nie pieprz mi że nie masz się w co ubrać, 4 kartony ubrań masz i pełną szafę. Zrobiłabyś wreszcie coś ze swoim życiem. Tak? może podskocze trzy razy i zrobię obrót. Ślub byś wzięła, dzieci nie ma komu rodzić. Chętnie ciociu, ale może potem. A Brat kiedy bierze? Nie wiem do cholery. Siku zrobił. Ciocia, mogę do toalety? Jasne nie musisz pytać. Ciocia a ty wogóle umiesz czytać? Idź stąd, nie lubie cię. Idź stąd. Idź stąd. Idź stąd. Nie chcę cię. Pocałujcie mnie wszyscy. Koniec panie. Przerwa jakaś czy coś.

wtorek, 8 września 2009

dobra pora nie istnieje.

brakuje ci siły, żeby stoczyć ze sobą walkę, spróbuj się położyć i odpocząć. spróbuj popatrzeć na siebie z innej perspektywy. przyznaj rację komuś innemu. oddaj coś na czym ci zależy. powiedz, że nie chcesz dłużej marnować czasu na coś czego nie ma. i zacznie się coś nowego. może zobaczysz jak coś powstaje. będziesz świadkiem początku. koniec z niekończącym się końcem. czas na dobrą porę. znajdź swoje miejsce, swoje imię, swoją muzykę, swoje słowa. zmień sensless na coś lepszego.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Obiecanki cacanki...

... a głupiemu radość. No, ale skąd na to wszystko brać pieniądze? Ledwo uciułałam na prezent ślubny, rozrywki weselne i poweselne. Ale ledwo wrócilam i Włochy przyjechały do Warszawy i trochę się poczułam jak góra albo Mahomet (nigdy nie wiem, które to nie chciało przyjść a które przyszło).
Co za dziwne uczucie. Takie jakieś teżewe czy coś. Znowu jeszcze miesiąc wakacji i pierwszy rok. To takie zabawne. Moje nowe hobby - stawiać sobie poprzeczki. Narazie je właściwie kładę, na poziomie stóp, aby łatwo było ominąć, ale z czasem być może będę je umieszczać jakoś wyżej. Ale tym czasem dalej będę słuchać i się rozpływać. Raz, dwa trzy i kropka.

poniedziałek, 6 lipca 2009

Credo

Pan Bóg istnieje. Il Signore è vero.

Doświadczyłam, że jest naprawdę. Pokazał to przez konkrety, po zastanowieniu mogę stwierdzić, że faktycznie, na to nawet nie trzeba patrzeć przez pryzmat jakiejkolwiek wiary. Czy to prawda czy nie. Bo to się stało. Działał. Działa. Posyła Ducha przede mną. Daje mi Go. Daje mi Słowo. I dalej będzie dawał. "Perché non ti abbandonerò senza aver fatto tutto quello che ti ho detto"

Łatwo się pisze o bzdurach. Łatwo się nad sobą użalać. Ale jak już trzeba głosić dobrą nowinę to ciężko idzie. Ale ja mam pewność dzisiaj. Obym ją miała na dłużej.

Popielgrzymkowo przyziemnie mogę powiedzieć, że chcę do Włoch. I wrócę tam jeszcze w tym roku. Obiecuję.

środa, 17 czerwca 2009

Blogging...

Cholera chyba to rzucę...
Obraz należy do Harold's Planet.com

czwartek, 28 maja 2009

po imieniu.

nie umiem się dopasować. nie umiem dopasować słów. nie umiem zachować powagi gdy trzeba i śmiać się kiedy się cieszę, bo się nie cieszę. nie umiem się cieszyć. jest po prostu do dupy, gorzej być nie może.
poużalam sę trochę nad sobą. to umiem.
nic mi się nie udaje. jak podejmuję samodzielnie decyzje spotykam się z krytyką mało budującą. jak nie podejmuję decyzji, decydując się na poddanie się losowi, okazuje się, że los nie istnieje. jak tu dojść do ładu? czuję się jakby mi coś zasuwało kuksańce w bok, za każdym razem kiedy wydaje się, że już widać poprawę. i to nie są takie kuksańce zalotne, przyjacielskie. to jest łamanie żeber. łamanie karku. na złamanie karku biegnę po coś co zupełnie mnie nie interesuje. rzucanie studiów ze względu na ludzi jest do dupy. nie chcę być wulgarna bardziej. rekrutacja na studia po raz enty jest do dupy. nic nie robienie jest jeszcze bardziej do dupy. chodzenie do dwu- i trzylatków uczy tylko tego, że jak ktoś robi coś nie po twojej myśli to trzeba się popłakać i może się coś wymusi. a jak nie, to można iść spać. i nawet smoczka nie dadzą, bo miałoby się za dużo ułatwień przy zasypianiu. za dużo przyjemności. już nawet mnie włochy przestały cieszyć, bo jedzie zbyt dużo osób cieszących się życiem i umiejącym dostrzec plan Szefa nie walcząc z nim. nie ma gdzie uciekać. boję się uciekać. boję się żyć, boję się śmierci, boję się cierpienia, boję się udawać, boję się pokazać prawdziwą siebie. zmieniłam sobie imię. chciałam zmienić formę. ale niestety ciasto w środku ma nadal zakalec. a zakalca nie dopieczesz. sytuacja beznadziejna. równowaznik zdania w bardzo nierównoważnych okolicznościach. nazywam się Ula Wr., mam niespełna dwadzieścia jeden lat i nie lubię ananasów i krewetek. nikt mi nawet życia zrujnować nie chce.