niedziela, 24 sierpnia 2008

Jest ekstra.

Mimo, że jestem już stara, rozwalają się rzeczy, które miały być na zawsze, pogoda w Toruniu nie sprzyjała, nie mam pieniędzy, impreza zarobiła 2 mandaty. Mimo tego wszystkiego jest ekstra. Jestem uśmiechnięta, nie mogę się sobą nadziwić, bo tak niedawno jeszcze wszystko było złe.

piątek, 11 lipca 2008

Kuchnia lekkostrawna i dietetyczna.

Przepis na obiad z łososiem

1 dzwonko łososia
3 plasterki cytryny i jeszcze trochę
przyprawa do ryb
4 ziemniaki
1 pomidor
odrobina masełka

Ziemniaki obrać, umieścić w garnku osolonej wody i gotować około 15 minut. W tym czasie rozgrzać piekarnik, dzwonko opłukać, przyprawić przyprawą do ryb, obłozyć plasterkami cytryny i wstawić do piekarnika. Dojść do wniosku, że lepiej obrać cytrynę ze skórki. Wyjąć łososia. Zdjąć cytrynę. Obrać ją ze skórki. Położyć na łososiu. Wstawić spowrotem. Podpiec, ustaliwszy jaki ma mieć kolor - wyjąć. Pomidora sparzyć obrac ze skóry, pokroić w plastry. Odcedzić ziemniaki, położyć nań masełko. Podawać razem. Jeśli ktoś lubi ryby - smacznego. Jeśli ktoś (tak, jak ja) ich nie znosi - gratulacje - świetnie, że pościsz w piątek.


Przepis na Ciasto

1 pozadne sypnięcie cukru
3 całe jajka
1 czubata łyżka kakao
trochę cukru waniliowego
7 łyżek mąki i jeszcze parę
2 dolania mleka
szczypta prochów do pieczenia
odrobina oleju i bułki tartej

Jajka utrzeć z cukrem, dodać kakao i cukier waniliowy, trzepać trzepaczką, aż wygląda tak, że babcia myśli, że to polewa czekoladowa. Dodawać po łyzce mąkę, stopniowo, powtarzając pod nosem za każdym razem słowo "faliternah" co w języku staroafrykańskich plemion nic nie znaczy. Następnie wymieszać dokładnie. Jest zdecydowanie za gęste, więc dolać mleka. Ponieważ najprawdopodobniej się chlusnęło, dosypać parę łyżek mąki, i znów rozrzedzić, bo ponownie stało się za gęste. Dodać prochy do pieczenia. Na końcu, bo wcześniej się zapomniało. Na ręce umieścić odrobinę oleju, wysmarować formę, obsypać bułką, wlać masę, upiec.

poniedziałek, 16 czerwca 2008

czasem bywa smutniej.

Brak konsekwencji, konflikt rozsądku i uczuć, umiejętność rezygnowania z czegoś na rzecz czego innego, nagła zmiana planów, wzrost cen biletów ztm, brak środków na koncie, koniec paczki, nieobecność nieobecnych i nadmierna obecność obecnych, perspektywa kariery, decyzje na całe życie lub chocby na kilka lat, przemijanie, nadmierna wylewność własna i okropne zamknięcie cudze, a tak moje, "bez początku i końca" - bez sensu. Można przebierać. Przebieramy w powodach do radości.

środa, 4 czerwca 2008

magia miejsc

Jest coś takiego jak magia miejsca. Dom, niby nic a przyciąga. Zwykłe pola, drogi, tradycyjna wieś, sklep wielobranżowy, oczywiście z oranżadą do nabycia, po drodze do kościoła, przy którym oczywiście mamy znak radia maryja. Nic nadzwyczajnego. A jednak, coś jest takiego, co sprawia, że w takie miejsca chce się wracać. Coś co w dziwny, niezrozumiały sposób powoduje, że ludzie, którzy tam są, potrafią wytrzymać ze sobą wiele dni, bez żadnych konfliktów. Przeciwnie, rozumieją się, potrafią dogadać, okazują się sobie podobni. I to na płaszczyźnie czysto koleżeńskiej, co jest w tym najpiękniejsze. Przyznam, że jeszcze tak nie miałam. Ja też.

piątek, 11 kwietnia 2008

Wieści z Beirutu...

To nie jest dobra wiadomość. Jak człowiekowi podoba się jakaś muzyka i wyczytał, że może jej posłuchać w swoim kraju na koncercie, a zaraz potem dowiaduje się, że pan śpiewak zmienia plany na wakacje i nie wpadnie, to tenże człowiek ma prawo do poirytowania.

Odkrycia dokonałam stosunkowo niedawno. Śledziłam majspejsy różnych znajomych i trafiłam do Luke'a. W jego plejliście znajdowały się dwa utwory. Pierwszy to Hoppipolla Sigur Ros, które też mi się bardzo spodobało, a drugim okazało się być Nantes Beirutowe. Te dźwięki wprawiły mnie w takie jakieś pozytywne poczucie, że wszystko będzie dobrze. A już strona www.beirutband.com i na niej dźwięki dopełniły całości. I w związku z tym nawet nie dręczy mnie tak ta myśl, że nie mam pieniędzy na open'era. Szkoda, bo i Gentleman, i CocoRosie, i nie wiem co jeszcze, warto jednak usłyszeć w plenerze. Ale, jak mawiają, całe życie przede mną.
Będzie super ekstra szaleńczo! Niezależnie od wszystkiego:)

niedziela, 10 lutego 2008

haj mountejns

Jedziemy w góry, skład dość zwierzęcy bym powiedziała, ptactwo(kondory i wróble), potwory morskie(ryp) oraz dwie słonice(słoń i słoń). To będzie wyjątkowo cudowna wycieczka wgłąb kraju i górskich kurortów. Zobaczą państwo zabytki klasy zerowej z czasów pierwszego zlodowacenia alpejskiego ale także przepyszne dzieła sztuki kulinarnej naszych wspaniałych prowadzących Gustawa i Felicji. Jeśli mają państwo jakieś pytania, zachęcamy do odwiedzenia naszej strony internetowej wu wu wu kropka wspaniałe inwestycje króla kaloryfera kropka pe el. Zapewniamy o wysokich standardach europejskiego rokendrola.

czwartek, 17 stycznia 2008

A gdyby tak?

Jak kamień w wodę. Przepadłam. Zginęłam. Znowu. To zupełnie nie ekonomiczne. Zupełnie nie potrzebne. Przecież tak jak jest teraz, nie jest źle. Nie trzeba się wysilać. Nie trzeba się starać. Dlaczego? No, bo przecież nie ma dla kogo. A gdyby było dla kogo, trzebaby od razu zmienić styl bycia. Na zwiewnego motyla najlepiej. Skaczącego w rytm. Po liściach.
Przecież, mi jest dobrze. Przecież nie potrzebuje nikogo. Niczyich słów, niczyich gestów. Jestem zupełnie niezależna. Jak niezależna prasa.
Ależ zaraz! Może ja wcale nie chce być jak prasa. Być czyimś obrazem, a nie swoim własnym? Może chcę pokazać siebie tak jak lubię. Niekoniecznie jako motyla, ale jakoś inaczej niż teraz. Bo teraz jest zimno i ogólnie mało się uśmiecham. Ale gdy przyjdzie wiosna miło byłoby pójść na spacer, ale tak zupełnie na spacer. Po chmurach, między gwiazdy. A propos gwiazd. Na koncerty możnaby, i wychodzić. Mogłoby się raz spełnić marzenie.

czwartek, 1 listopada 2007

C'est magnifique!

J'adore un garcon - chanteur. Il s'appelle Jean Baptiste Maunier. No i nawet dla niego troszkę francuski odgrzebałam w zakamarkach mojej głowy. Naprawdę, gdyby nie to, że Iśka mi go przedstawiła, nie byłabym dziś taka szczęśliwa słysząc te dźwięki klasycznie brzmiącego chłopięcego chóru i jego solisty. Ach, ach ach, się znowu w dźwiękach zakochałam, choć chłopaczek aparycję i wszystko ma takie, że gdyby poprosił mnie dziś o rękę, wyszłabym za niego bez ceregieli.


Caresse sur l'océan
Porte l'oiseau si léger
Revenant des terres enneigées
Air éphémère de l'hiver
Au loin ton écho s'éloigne
Châteaux en Espagne
Vire au vent tournoie déploie tes ailes
Dans l'aube grise du levant
Trouve un chemin vers l'arc-en-ciel
Se découvrira le printemps

Caresse sur l'océan
Pose l'oiseau si léger
Sur la pierre d'une île immergée
Air éphémère de l'hiver
Enfin ton souffle s'éloigne
Loin dans les montagnes
Vire au vent tournoie déploie tes ailes
Dans l'aube grise du levant
Trouve un chemin vers l'arc-en-ciel
Se découvrira le printemps
Calme sur l'océan.


I jeszcze to jak pięknie mówi, pięknie się śmieje. Matko, co jeden to lepszy. Kolejny Jan w moim życiu:)

poniedziałek, 22 października 2007

Ulica Szarlatanów (bo tak za Gałczyńskim dziś zatęskniłam)

Szarlatanów nikt nie kocha.
Zawsze sami.
Dla nich gwiazdy świecą w górze
i na dole.
W tajnych szynkach piją dziwne
alkohole.
I wieczory przerażają
bluźnierstwami.
Wymyślili swe tablice
szmaragdowe.
Krwią dziewicy wypisali
charaktery.
Strachy w liczbach: 18,
3 i 4.
Przeklinamy Jezu-Chrysta
i Jehowę.
Szarlatani piszą księgi
o papieżach.
Zawsze w nocy mówią źle o
Watykanie.
Zawsze w nocy słychać szklane,
szklane łkanie:
płaczą gwiazdy zaplątane
w szkła na wieżach.
Kiedy miesiąc umęczony
wschodzi na nów,
alkohole z przerażenia
drżą słodyczą.
Nie pomogą alkohole:
W nocy krzyczą
łzy fałszywe szmaragdowych
szarlatanów.
Bardzo cicho i boleśnie
jest nad ranem.
Dzwonią dzwony, świt pochyla
się w pokorze.
Odpuść grzechy szarlatanom,
Panie Boże,
wszak Ty jesteś takim samym
szarlatanem.

Uff jak gorąco...

40 stopni w cieniu. Nieźle. Ostatni raz byłam chora chyba w marcu czy kwietniu. A teraz jak już nie trzeba chorowac bo skończyłam szkołę, to jak raz, noc z copółgodzinnymi zmianami temperatur - takie wahania od 37 do 40. Zwariować można. Spać idę.

piątek, 28 września 2007

Everyone’s in a corner

Powiem tak. Jako, że wracam to wyjeżdżam. Betce odbiło i napiszę to tu, bo aż mną zatrzęsło. No i teraz jest Betkiem. Mańkę już obśmiałam publicznie więc nie wracam do sprawy. Gabi i Jaś to najżywsze dzieci jakie znam, wręcz nie pozbywające się pobudzenia i marudzenia. Wrócę to będę. Jak mawia Gabi: Jak się napcham to się napcham i będę napchana. I jeszcze: jestem księżniczką więc nie poradzisz, jestem kapryśna, nie mogą mi dorośli rozkazywać. Także jestem trochę zmęczona.

środa, 29 sierpnia 2007

jak to mawiają

oj dadana. lubie jak spełniają się moje sny. zdałam zdałam. czy czegoś trzeba więcej? idę spać!!!!!
Panie Mro., Łoc. i Jaw. - serdeczne dzięki!

środa, 22 sierpnia 2007

Noc z Kurierem

Pan Jan Nowak Jeziorański (właściwie Zdzisław Jeziorański), to niezwykle interesująca postac polskiej historii dwudziestego wieku. Studiując z różnych ujęć zagadnienie II Wojny światowej nie mogłam pominąć jego pamiętnika traktującego o tamtych wydarzeniach. I właśnie chcąc oderwać się, acz nie za daleko od moich podręczników i książek pożyczonych od tegorocznych maturzystek, sięgnęłam po "Kuriera z Warszawy". Opasłe tomisko z pewnością byłoby w stanie zniechęcić swym wyglądem niejednego. Ja jednak utwierdzając się w przekonaniu, że przecież to element mojej nauki do egzaminu zaczęłam czytać już na schodach wychodząc z biblioteki. Oczywiście kiedy wróciłam do domu musiałam przerobić podręcznikową dawkę dzienną, co akurat wczoraj było nie byle zadaniem, bo przed wyjściem z domu przerobiłam tylko dwa podrozdziały także zanim powróciłam do "Kuriera..." przeszłam całą II wojnę w Polsce i początki zminej wojny na świecie. I po takim wstępie całą noc spędziłam czytając, czy może nawet chłonąc opowieść o pierwszych dniach wojny widzianej oczami i przeżywanej przez przyszłego dyrektora polskiej stacji Wolnej Europy. Uch... Piękne!

sobota, 18 sierpnia 2007

"To proto, ze jsi vykonala dobry skutek."

Cała jestem podekscytowana i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie ujrzę te roześmiane buźki moich pań dyrektorek i historyczki. Ach co to będzie za wzruszający moment ta sesja poprawkowa. Być może owładną nami takie emocje, że zamiast zdawania egzaminów będę uczestniczyła w spotkaniu wspominkowym. To byłoby naprawdę urocze. Pani Zofia zapłakana ze śmiechu wspominałaby moją wspólną z Manią wpadkę z Kennedy'm, a ja i Ania zaśmiewałybyśmy się na myśl o tym, jak to tydzień w tydzień nasza pani profesor zapominała o jakichś sprawdzianach czy innych papierach. Toż to byłaby wspaniała zabawa. Unosząc się pół centymetra nad ziemią pani Zosia powiedziałaby "Dziewczynki, przepraszam was, naprawdę to był błąd młodości, miałam migrenę nie wiedziałam co robię. Pogadam z kuratorium i będziecie mogły zdawac maturę we wrześniu a od października czekają już na was na studiach. A teraz macie tu śliczne piąteczki i świadectwa ukończenia szkoły średniej, no mua mua! Zadzwonię".

Szkoda, że mam bujną wyobraźnię i nie jestem realistką, ani nawet optymistką. Mój wredny charakter pesymistycznej egocentryczki troszkę mi przeszkadza w zdobywaniu wykształcenia.

wtorek, 14 sierpnia 2007

i znów

lubie johna. butlera, lurie, frusciante. no lubie. no i nie wiem co napisac zatem nie pisze wiele a dzielę się miłostkami. i lubię ostatnio wspominać ostatnie siedem lat mojego zycia. już jestem stara więc mogę. i mam siostrzeńca.

wtorek, 31 lipca 2007

mama mi powiedziała...

...że miliony kilometrów molekularnego czegośtam zawiera moje ciało. Nie wiem co to moze oznaczas w moim zyciu ale być może chodzi o to aby mój mózg nie poczuł się ani przez chwilę samotny. Byłoby to bowiem przesmutne. A tymczasem jako świeżo upieczona babka piaskowa powiem państwu "do zobaczenia w następnej serii opowiesci o małej zwinnej wiewiórce już wkrótce w telewizji gęba tv".

poniedziałek, 30 lipca 2007

lato bez lasu

Przykro się zrobiło mi na chwilkę, bo zatęskniłam. Zapytałam
"Słuchaj, jak tak można, po siedmiu latach?"
"Ale co?"
"No, zrobić to co ja zrobiłam, po siedmiu latach"
"Hm... myślę, że to ostatni moment po prostu"
No cóż, może faktycznie, nie chciałabym być tym bohaterem z obrazoburczego dowcipu - idiotą przebranym za dziecko. Ale myślę czasem, że może dałabym radę przez jakiś czas być tam, z tymi ludzmi, i łącyć wszystko razem z tym co miałam i gdzie chyba zmarnowałam jakąś szansę. I nigdy nie powiem, że tych siedmiu lat żałuję, bo to naprawdę wielka przygoda życia, tylko troszkę nie zgrana z moim słabym charakterem i przez to nie do końca wykorzystana. Aj, usprawiedliwiam się pustymi słowami. Ale nie wiem, jeszcze nie umiem do końca wyciągać wniosków. Ale naprawdę, same dobre rzeczy wyniosłam z tej przygody. Np teraz w pracy bez zająknięcia rozliczalam faktury, wystawiałam je i jeszcze tłumaczyłam mojemu ojcu-szefowi jak pisać notę korygującą. Jednym słowem trochę się wzbogaciłam. Mimo moich opornych, idiotycznych sprzeciwów co do wymagania od samej siebie. Nadal od siebie wymagam najmniej z otoczenia. Wszystkich rozstawiłabym po kątach, a sama wylegiwałabym się w łożu pod baldachimem. No ale dobrze. Moze kiedyś dorosne. Nie cofnę się już w to samo miejsce, nie wejdę do tej samej kałuży, ale na pewno nieraz przejrzę się jeszcze w jej odbiciu. Aaaaach cóż za liryczne zakończenie:)

środa, 25 lipca 2007

Zwariowałam

To nie chodzi o to, że dziwnie się zachowuję, robię rzeczy jakich nigdy wcześniej nie zrobilabym z własnej woli, czy mówie coś co wcześniej w moich ustach brzmiało jak kpina. Nie, zupełnie nie. Chodzi o to, że chyba od środka coś mnie zjadło i wypluło i jestem już jakaś żywsza. Choć zmęczona. Ziewam na potęgę. I mylę się w rachunkach. Ale jestem szczęśliwa. Naprawdę mogę powiedzieć, że się cieszę ostatnimi dniami. Oczywiście, po mojemu - uszami.
Wydałam niewiarygodną sumę pieniędzy na płytę, której samo oczekiwanie było strasznie rozradowujące. Poza tym wydałam niewarygodnie mało pieniędzy na kino. w ktorym samotnie oglądałam całkiem ładny film. I nie wydałam ani grosza na oglądanie pięknych chmur, kamienic niewiadomo czego jeszcze kiedy to spacerkiem szłam po moim miescie którego w gruncie rzeczy nie lubie. I mówię ludziom że mają rację. Tym którzy jak ja kochają mistrza Johna.

czwartek, 28 czerwca 2007

A jednak

A jednak Hrabal, a jednak Czechy, a jednak. Lubię tak. Zdania wielokrotnie złożone się czyta miło. Dziś napisze prosto i krótko. Za to z ilustracją. A kiedyś tę myśl rozwinę.