środa, 23 marca 2011

szykujemy się, szykujemy.

och dzieje się dzieje. w poprzedni weekend miałam okazję dużo słuchać. to niezwykłe doświadczenie. świat który krzyczy, często powoduje, że zamykam się na słuchanie, a jednak - udało się. zasłuchana wróciłam do domu, a dziś, po kilku dniach mogłam znów posłuchać. razem z Wi. słuchaliśmy o tym, co jest ważne dla nas, na dziś i na przyszłość. bo za 94 dni zacznie się nasza zupełnie nowa, wspólna przyszłość. warto, żebyśmy już wcześniej mieli jakieś pojęcie o tym, w co się pakujemy. żeby nie skończyło się na jednym weekendzie i jednej środzie już w sobotę zaczniemy intensywny dwudniowy kurs, takie szkolenie z Szefem, na którym będzie nas uczył, czego możemy się spodziewać, a co powinniśmy dać od siebie, żeby to nasze wspólne życie miało ręce i nogi. jak już się dowiedzieliśmy, nogi będą trzy. żeby nie stracić równowagi.

wcześniej miałam już trochę przygotowań, natury bardziej materialnej. z bardzo pomocną J. i dość sceptyczną mamą, odwiedziłyśmy 5 lub 6 przybytków z sukienkami. dawno już nie miałam okazji pomachać tyle rękami, a już na pewno nigdy wcześniej nie miałam okazji mierzyć tylu sukien. to przymierzanie miało na celu powolną eliminację wielu pomysłów, których w głowie, jak się okazało miałam milion. myślałam, że nie mam pojęcia w co się ubrać, ale wyszło na to, że miałam dużo koncepcji, z których stworzyłam sobie w głowie jakiś obraz. ostatecznie to, co teraz jest coraz bliżej realizacji, z tym obrazem ma niewiele wspólnego. to bardzo budujące doświadczenie, zwłaszcza przed ślubem, nauczyć się rezygnować z własnych planów, jednocześnie nie rujnując swoich marzeń. też fantastyczne jest widzieć, że z pomocą innych, w tym Szefa, można naprawdę tworzyć wspaniałe pomysły, i dążyć do ich zmaterializowania.
powoli zaczyna się klarować, jak będzie wyglądać pewna panna młoda za 3 miesiące, co naprawdę bardzo mnie cieszy.

w biel pięknie ubrany aniele boży
już wiem co w dniu ślubu na siebie mam włożyć
też będzie biało i będą kwiatki
na ręku i włosach u przyszłej mężatki





wtorek, 15 marca 2011

w marcu jak w garncu. rymowanka to słaba.

po pięknym weekendzie, pełnym słońca i emocji nastał tydzień. znów zamiast zaczynać pogodnie każdy dzień jeszcze przed świtem, zamiast zanurzać się w głębiny poznania już późnym przedpołudniem, zamiast jeść obiad po południu i kłaść się spać z kurami przyszedł tydzień niewypełnionych planów. bo tak to jest z planami. jak chcesz po swojemu to ci się kłody pod nogi, odcisk na kciuku i oczko w rajstopach. zawsze. niezależnie od sytuacji. i jeszcze tulipany zwiędły. i roboty tyle, że aż odwrotnie proporcjonalnie układają się chęci i motywacja.

aniele boży
niech się ułoży
w przecudną całość
ma wielka małość

niech będzie wokoło
wszystkim wesoło
i mi oraz wiś
daj uśmiech dziś

niedziela, 6 lutego 2011

słońce

od rana świeci słoneczko. humor jest dobry choć w dzień wolny mnóstwo do roboty. pisać na zadane tematy się nie chce, a o słońcu proszę bardzo. mogę wierszem i na wspak. ecńołs. to naprawdę miły moment taki słoneczny dzień.

w lutym słońcem
dni pachnące

jak wiosennie ślicznie świeci
cieszą mordki wszystkie dzieci
cieszą mordki skaczą w górę
już żegnają dni ponure


poniedziałek, 31 stycznia 2011

smutki

to trudne. kiedy wszystko idzie wspaniale, a mimo to budzisz się z takim smutkiem, który przeszywa na wylot. takim, który nie wiadomo skąd się wziął i sprawia wrażenie, jakby chciał zostać na długo. kiedy sprawy idą źle, wtedy smutek jest zrozumiały. kiedy dzieje się coś przykrego, łzy są czymś zupełnie naturalnym, czymś właściwym, pozwalającym na oczyszczenie. w tym przypadku jednak, gdy w gruncie rzeczy wszystkie sprawy idą lepiej, niż można by sobie życzyć- to jest po prostu trudne i niezrozumiałe. mam wszystko to, o czym wiele dziewczyn na moim miejscu marzy. nie mówię o tym, że mam dach nad głową, własne miejsce w domu czy jedzenie. mam rzeczy nadprogramowe. mam Wi., mam datę ślubu, mam gdzie po ślubie z nim mieszkać. mam świetne warunki do nauki w kierunku, który mi się podoba, który jest związany z tym, co chcę robić w przyszłości. żyją moi rodzice, mam rodzeństwo. mam rzeczy materialne, które ułatwiają życie.
nie wiem skąd ten smutek. nie rozumiem go. Szef nie uprzedzał, że coś takiego przyjdzie. zaczął nagle spełniać wszystkie moje marzenia i nagle, nie odbierając mi ich, dopuścił smutek. płacz, jakiego dotąd nie znałam. bez przyczyny. nawet tradycyjne trudne dni, nie mają z nim nic wspólnego. chciałabym beztrosko śmiać się, chodzić na spacery, robić głupie rzeczy. czuję jednak, że to nie jest możliwe. że już długo będę smutna. nie piszę, że zawsze, bo boję się tego, że moje słowa mogą mieć jakąś moc sprawczą.

chciałąbym być zrozumiała. gdzieś w środku mam świadomość swojego szczęścia. kocham, jestem kochana, wiem, że Szef się troszczy i ludzie, z Wi. na czele też się troszczą. ale uśmiech się gdzieś zgubił. podejrzewam, że to zimowa utrata zdolności do uśmiechu. ale może jeszcze przed wiosną wróci ta zdolność? chciałabym.


aniele boży, smutna ulinka
jak z zapałkami biedna dziewczynka
zimno jej w zimie, słońca za mało
serce ulinki śmiać by się chciało

a śmiać się nie umie, łzy tylko płyną
smutną się staje ulinka dziewczyną
z dnia na dzień bardziej humor się psuje
niech anioł przyjdzie i uratuje

bo uśmiech ulince bardzo potrzebny
choć nie uważa by płacz był haniebny
lecz bez przyczyny jest niezrozumiały
aniele daj mi choć uśmieszek mały

poniedziałek, 3 stycznia 2011

panna ulala

będę panną jeszcze tylko 172 dni. to miłe wiedzieć, że za niecałe pół roku, będę miała męża. człowieka, z którym nie planuję się rozwodzić, rozstawać ani nawet nie mam w planach robić mu karczemnych awantur o bałagan czy za granie w jakieś głupie gry lub spóźnienia na obiad.
bo zdaję sobie sprawę, że ta decyzja o ślubie nie jest próbą załatwienia sobie jakiegoś "długo i szczęśliwie" z ograniczoną odpowiedzialnością. aż mi nie nadepniesz na odcisk. a jak nadepniesz to zabieram swoje zabawki i idę na inny plac zabaw.
mi się to jawi jako wejście w nowy wymiar, gdzie wszystko znajdzie się na nowym miejscu, będzie wszystko inaczej i wszelkie założenia że będzie tak i tak, ja będę robić to, a ty będziesz zmywać, nie mają większego sensu. wiem tylko, że Szef już zadbał dawno o to, żeby było dobrze. żebyśmy byli przyzwoitym małżeństwem, które zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości, ale dba o to, by mąż i żona czuli się dobrze, bezpiecznie i na swoim miejscu. i gdzie można codziennie ślubować miłość, tej miłości się uczyć (w nowej wersji) i tę miłość dostawać i odwzajemniać.

a ze spraw bardziej bliskich teraźniejszości to minęły święta. po świętach dałam sobie utoczyć trochę krwi do badania w tym pierwszym ze 172 ostatnich dni mego panieństwa, a mój kawaler wkrapla sobie w zbolałe spojówki jakieś krople. moje ostatnie miesiące panieństwa to w ogóle pasmo badań i zdrowotnych stresów. już chyba kiedyś o tym wspominałam, ale moje hipochondryczne ja czuje się jak w siódmym niebie. choć gdzieś w środku to wolałabym, żeby czuło się nie tak świetnie.

aniele boży
nie bądźmy chorzy

wtorek, 9 listopada 2010

pracy! chcę pisać. co prawda mam okazję, ale zadania domowe to nie to samo. niby też zadany temat, niby określona ilość znaków i dedlajn. tylko zapłata o nominale od 2 do 5 mnie przestała dawno kręcić. ja naprawdę mam znowu fazę na kuchnię i pracę. chcę gotować i pisać. i piec. wczoraj upiekłam bułki. czekam na Wiś i będę redagować. wywiad cudzy mam przerobić na swój. czego oni mnie uczą na tych studiach...?

sobota, 18 września 2010

samotna samosia

samodzielność mi nie służy. ściąga na mnie jakieś okropne wydarzenia. zwierzę mi się omal nie przekręciło, a oczywiście w pierwszej chwili znikąd pomocy. i jeszcze się okazało, że jestem chorobliwie zazdrosna. o to, że ktoś tam jest, widzi, może (o zgrozo!) dotknąć nawet, a ja tu się mogę domyślać. o czym rozmawia, co je, czy jest zadowolony, czy mu ciepło, czy ma szalik, bo zimno, a przecież gorączka. pewnie się nauczę, ale to strasznie trudne, być narzeczoną na odległość. pewnie bycie narzeczonym też nie należy do najprzyjemniejszych, gdy się jest daleko. ale jakoś mnie to słabo pociesza, bo jeszcze bardziej się martwię, że jemu jest też smutno lub przynajmniej nieswojo.
przestałam ufać, że Szef prowadzi. na szczęście to nie sprawia, że nie prowadzi. dobrze, że prowadzi nawet jak mu nie ufam do końca. ale chcę ufać, bo wtedy jest prościej. wtedy jestem dzielna.

aniele boży
stróżu uli
spraw by wrócił
i przytulił


nowy etap

wchodzę w nowy etap. muszę nauczyć się samodzielności i organizowania sobie czasu. w co któreś weekendy bowiem będę samodzielną narzeczoną, jejku jaka ja jestem z niego dumna z tego mojego Wi. kochanego! no i od poniedziałku do piątku będę w ogóle samodzielna, bo przecież ja też muszę być dorosła, poświadczyłam przecież świadectwem dojrzałości. poprzednio, dwa razy nie zdało to egzaminu, ale może do trzech razy sztuka, a za trzecim razem złote jabłko? nigdy nic nie wiadomo. jazda na warszawską pragę jakoś mnie nie zachwyca, za to wypasionym budynkiem (jak przystało na dziewczynę gadżeciarza) się jaram! ach, jeszcze się trafi nowoczesny tramwaj, który mnie tam będzie woził w godzinach szczytu i będę na szczycie marzeń!

i się jaram panią laurą.
tutaj o

aniele stróżu
otrzep znów z kurzu
mój zapał
co chrapał
niech będzie już duży
niech śpiąc się nie kurzy


środa, 15 września 2010

dopomóż

zaleca się odpoczynek. w zmęczeniu "nicnierobieniem" polega on na działaniu, wczesnym wstawaniu i zapełnianiu sobie dnia do granic kartki w kalendarzu. zmęczenie "nicnierobieniem" jest gorsze od zmęczenia konstruktywnymi zajęciami. zwłaszcza, jeśli istnieje podejrzenie, że kryją się za tym jakieś zdrowotne, podjudzające organizm do zmęczenia przyczyny. ale przeświadczenie, że mogę jakoś pomóc Wi. wstając rano powoduje we mnie wzrost radości porannych i subiektywne przedłużenie nocy. w praktyce wygląda to tak, że budzę się co godzinę i myślę, że przespałam już odpowiednią ilość godzin i teraz trzeba wstać, choć za oknem ciemno, cicho i czwarta rano. doczekałam do ósmej. wstałam radośnie, przebudzona przez wspomnianego telefonicznie.
teraz idę zanosić prośby i błagania.

piątek, 6 sierpnia 2010

potrzeba szaleństwa

odnajduję sporą frajdę, w ubieraniu się na różne dziwne sposoby. mieszam dodatki w sposób niedopuszczalny zupełnie. zakazane połączenia, obciachowe, dotąd ukryte torebki. nie mam pojęcia co mi się stało. obudziłam się wczoraj i zapragnęłam odzieżowego szaleństwa. to działa. na zmartwienia. na kłopoty. no i takim kolorowym strojem zamierzam zachwycić mojego kochanego siostrzeńca w dniu jego trzecich urodzin. złote blink blink i tęczowe koraliki na pewno przypadną mu do gustu. jak nie jemu, to jego małej siostrzyczce.

aniele boży stróżu mój
kolorowy jest mój strój

piątek, 30 lipca 2010

przegląd techniczny

doktoruję się na wszystkie strony, badam organizm, szykuję się na coś.
w oczy zajrzeli, orzekli, że leniwe. też mi nowość. jak cała jestem leniwa to trudno, żebym nagle miała oko pracowite. ale trzeba je zagonić do roboty. będę jednym okiem patrzeć, godzinę dziennie. ciekawe przez ile wytrzymam. jak nie wytrzymam to za trzy miesiące usłyszę: a chce pani za 3 lata jeszcze cokolwiek widzieć?
zęby też leczę, nadrabiam zaległości. ależ ja lubię to siedzenie bezmyślne, z rurką do odsysania śliny w ustach i szczęką na popiersiu. lepiej mieć zdrowe zęby podobno. nie wiem po co, bo i tak mi w nie nikt potem nie zajrzy, bo się darowanemu nie zagląda.
jeszcze paru specjalistów i mi wydadzą może jakiś papier, że się nadaję. przyda mi się, na poprawę humoru.
ostatnio spacerujemy sobie z Wi. na rowerach, albo i bez rowerów. i jest dobrze. naprawdę dobrze. to cudowne. od nowa ciągle się zachwycam. przeżywamy nowe rzeczy. zmęczenie wysiłkiem włożonym w rowerowe przejażdżki, radocha ze spalonych ciasteczek, wspólne robienie zupełnie różnych rzeczy. tzn to ostatnie to dziwne pojęcie, nawet dla mnie. chodzi o to, że symultanicznie każde z nas zajmuje się czym innym, ale przez to, że jesteśmy obok siebie każdą z tych rzeczy robimy wspólnie, choć bez czynnego udziału. pogmatwane.
liczy się to, że jest nam dobrze.

aniele boży dzielnie pilnujesz
bym miała czego potrzebuję
i za to bardzo dziś dziękuję
jak się odwdzięczę, to mnie frustruje

anioł powiada bez odwdzięczania
wystarczą twe opowiadania
twój potok liter złożonych w zdania
a w zdaniach zgrabnie ukryte pytania




czwartek, 15 lipca 2010

upał

jest tak gorąco, że topią mi się w głowie słowa.

czwartek, 17 czerwca 2010

oddanie

rodzice moi oddali Wiś. moją rękę. konkretnie chyba wszystkie ręce. także zmieniła się trochę sytuacja. wiedeńska albertina to niezłe miejsce, są tam szczury, chyba że ichnie jeże mają długie ogony.

aniele boży
na palec mi włożył
chłopiec świecidełko
które skrywało
czerwone pudełko

poniedziałek, 31 maja 2010

w ostatni dzień maja o szyby dzwoni deszcz jesienny

chcę się cieszyć, ale mam natłok złych myśli. zauważyłam, że pochwalenie się marzeniami to tak jakby podpisanie ich aktu zgonu. i to mnie nie zachwyca zupełnie. nie usamodzielnię się jeszcze jakiś czas, choć takie było marzenie. dodatkowo jakieś dziwne sny potęgują smutek mojego beznadziejnego stanu codziennego zawieszenia między godziną 9 a 17. a pogoda, lepiej nie mówić. nawet mój płaszczyk przeciwdeszczowy przywodzi mi na myśl kolejne niepowodzenie, związane z osobami, które były w grupie ofiarodawców. zaczęłam smutno. to dlatego, że gdy piszę, poprawia mi się humor i żywię głęboką nadzieję, że przy końcu tego tekstu będę już zupełnie gdzie indziej. w innych rejonach swojej świadomości. mam tyle pozytywnych rzeczy, którymi powinnam się cieszyć, i którymi cieszyć się będę, to pewne, tylko potrzeba mi jeszcze trochę czasu. tyle dobrego. dobra książka, dobra kawa, dobry wyjazd do miasta mozarta, dobre chwile z Wiś. myśl o Wiś. i już jestem gdzie indziej. wiedziałam, że pisanie to dobry pomysł!

aniele boży
daj proszę wytrwanie
w oczekiwaniu
na zmartwychwstanie

umarły marzenia
lecz wierzyć chcę bardzo
że gdy się pomodlę
przeczucia się sprawdzą

i tak jak obiecał
i tak jak pokazał
Szef nie pozwoli
by zły - sen mój zmazał

a wtedy powstaną
marzenia me z martwych
jak uczą o tym
pism świętych karty

ktoś powie może
marzenia nie człowiek
duszy nie mają
li sen kradną z powiek

lecz jeśli mogą
do nieba prowadzić
to wierzyć mogę
że tak poprowadzi

po zgonie marzeń
Szef ich wędrówkę
że wróci myśl miła
w pustą mą główkę




wtorek, 18 maja 2010

dżuma narzekania

wściekłość mnie całą wypełniła od środka. i jakiś smutek. nie chcę już więcej mówić, że nie lubię twojej pracy. bo ty też nie chcesz tam siedzieć. też nie lubisz tej baby co nad tobą stoi i mówi, że masz coś zrobić na wczoraj, i że nie wyjdziesz teraz, bo nie skończone.
ale jest mi smutno. pójście do opery to nie po protu pójście do opery.
urok polega na tym, żeby iść powoli, spacerem, może przez park saski, a może inną drogą. może po drodze usiąść na kawę w jakimś miejscu. i nie muszę być mega elegancka, ale w dżinsach to mi się jakoś nie uśmiecha, a żeby tam dojechać szybko, skuterem to spódnicy nie włożę, bo nie da się jeździć w moich spódnicach na skuterze. to dlatego nie chce mi się już tam iść, zanim wyszłam z domu. tym bardziej może dlatego, że bizet mnie nie zachwyca. nie poradzę. nie zachwyca. jestem niewykształconą ignorantką, interesuje mnie tylko to, co czytam i to co piszę. czytanie i pisanie. słuchanie tylko tego co sama sobie wybiorę.
ale ponieważ jesteś dla mnie ważny, włożę teraz dżinsy i pójdę tam na przystanek i poczekam na ciebie. pojedziemy do opery, spędzimy miły wieczór. będziemy patrzeć z wyższością na tych, co będą nas obcinać wzrokiem, oburzając się za nasz strój.

aniele boży za nastrój mój
winę zrzucam na strój mój
wpływ ma na mnie to
gdyż jestem kobietą


wtorek, 11 maja 2010

bolesne zderzenie

nie chcę się porównywać do Tego, który to powiedział, ale naprawdę czuję bolesną prawdziwość zdania: żaden prorok nie jest mile widziany w swej ojczyźnie. nie mam może profetycznych skłonności, ale to trochę taka metafora. lepiej widziani w mojej ojczyźnie byliby prawnicy, lekarze, ewentualnie świetnie zarabiający finansiści lub nieco generalizując - osoby na etacie, choćby i za półdarmo, ale na etacie. umowa o dzieło, choć z mojego punktu widzenia super opłacalna, jest przez rodaków bagatelizowana, zwłaszcza, że to dzieło to takie byle co i lanie wody o niczym ważnym. jestem wdzięczna, że mogłam dziś parę pozytywnych słów na temat mojego lania wody usłyszeć. jestem wdzięczna, że są pewne osoby, które widzą więcej niż mi się wydaje, że widać. czasem nawet widzą więcej niż ja mogę widzieć, bo mają inną perspektywę. naprawdę jestem wdzięczna, że ten ich punkt widzenia mogłam poznać akurat przed punktem widzenia mojej ojczyzny.
to niesamowite, że właśnie gdy uświadomiłam sobie sens tego, że piszę(nie chcę chyba jeszcze wypowiadać się o sensie tego co piszę), to osoba która powinna być bliska, nazywa to moje pisanie niczym ważnym i marnowaniem życia. to nie jest łatwe. przeczytała jeden artykuł. że piszę coś poza tym, wie, ale chyba w ogóle nie traktuje poważnie, czytać nie chce, pisałam kiedyś do szuflady i nieopatrznie z tej szuflady kiedyś coś jej pokazałam, licząc na konstruktywną krytykę i usłyszałam tylko coś w tonie: "trzeba wytrzeć żyrandol z kurzu i odkurzyć za pralką, bo do mnie goście, a ty tracisz czas".
naprawdę wiem, że chcę pisać. nie wiem czy chcę kiedyś, z tego pisania od serca i nie na zlecenie, mieć pieniądze. byłoby na pewno miło. na razie jednak piszę dla siebie, korzystam ze mojej, jak to miła osoba wieczorem mi powiedziała umiejętności wyrażania tego, co myślę przy pomocy pisania.
i naprawdę mnie boli, że są tacy, którym nie zależy na tym, żebym swoją (no cóż, mniej patetyczne słowo nie przychodzi mi do głowy) pasję pielęgnowała. może to jest właśnie mój talent, którego nie powinnam zakopywać.

nieco fatalistyczny wiersz do anioła.

aniele boży powiedz mi szczerze
czy talent w który wciąż słabo wierzę
ma szanse dać innym radości więcej
gdy kiedyś w końcu trafi w ich ręce

czy zawsze będę chować swe słowa
bo straszna mi będzie krytyczna mowa
czy zdążę usłyszeć jesteśmy dumni
zanim pisanie me wsadzą do trumny

aniele boży wizje mam smutne
lecz żywię nadzieję że wizje te utniesz
poprosisz Szefa i zwyczajem swoim
On dla mnie z miłości złe lęki ukoi

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

jak to jest?

[należy czytać przy konkretnym akompaniamencie muzycznym http://www.youtube.com/watch?v=b1IxziS2PpY&feature=related ]

siedzę chorobowo w moim małym pokoju, gdzie wszystko jest takie jak chciałam, żeby było. meble, w większości kupione za własne pieniądze, krzesło ze starego domu dziadków, fotel z mieszkania z dzieciństwa. wymarzone lustro, zaprojektowane przeze mnie kiedy miałam 11 lat. korkowa tablica z różnymi dziwactwami, które przypominają o miejscach, ludziach. kalendarz ze zdjęciami autorstwa siostry Wiś., z jego pomocą zrobiony, a obok mądrości kaczki katastrofy i psa pypcia w kalendarzu pana kuleczki. brzozowy pojemnik na długopisy dziadka, biało-niebieska puszka siostry, którą po latach podkradania w końcu od niej dostałam. książki moje i nie moje, przeczytane i te, które czekają aż je skończę lub zacznę czytać. nienakręcony głośno tykający budzik i zegar chodzący wstecz. filmy, płyty, sukienki na wieszaku, a w wazonie piękne żółte tulipany od ukochanego mego -Wiś.
patrzę na to wszystko i zastanawiam się, jak to jest, że zawsze czułam się tu źle. zawsze było coś nie tak. a to nieszczęsne wbrew mnie podwieszone pod sufitem szafki. a to znowu łóżko zwykłe podczas gdy wolałabym rozkładaną sofę. że narzuta na łóżko mi do niczego nie pasuje, a pościel jakaś taka jest zawsze smutna, stara i sprana. że od 3 czy 4 lat wciąż nie mam rolet w oknach, czy drewnianych żaluzji, o których zawsze marzyłam, a mimo to jakoś sobie radzę. jak to jest, że na oknie od ponad roku, nie umarła mi żadna roślinka, choć zwykle nie wytrzymywały ze mną nawet dwóch miesięcy, a tymczasem 9 doniczek wciąż prowadzi własne życie, wspomagane przeze mnie tylko nieregularnymi dawkami wody.
wszystko jest jakieś takie znośne. ba, jest wspaniałe. zapchany nos nie jest w stanie mi popsuć humoru, a sms jak zawsze przychodzi, gdy wyczekująco biorę telefon do ręki, żeby sprawdzić czy nic nie przyszło.
jestem szczęśliwa.

aniele boży jestem tak szczęśliwa
że mi się rymy przestały układać

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

światło

poleciały lampiony dla tych co zginęli. polecą dziś następne.
to nie łatwe. potrzeba dużo ciepła w zimny wieczór by uniosło taki lampion do nieba. gdy jest już tak daleko, że zdaje się być jedną z gwiazd, światełko przypomina, że trzeba być ciepłym by dojść daleko. nie można nieczule i bez uczucia osiągnąć zbyt dużo. tak mi się przynajmniej zdaje.

aniele boży daj mi znów
ciepłe uczucie do pisania
bo poprosiła "popisz" ania
i tematów mam jak psów

a czasu tyle co kot napłakał

a adekwatnie do wydarzeń poza ślubem radosnym i weselem z ostatniej soboty to przyszło mi do głowy że anioł jest chyba najlepszym adresatem.

w żałobie kraj aniele boży
sędziwych lat chciał każdy dożyć
a jednak plan dla nich był inny
nie chcę się smucić ni szukać winnych
niech da im Bóg wieczny spoczynek
niech ukoi serca matczyne
tym co swe dzieci żegnać muszą
i tym co ojców pożegnali
niech Ojcem będzie nie z oddali
lecz bliskość Bożą niech zawsze mają
też ci co w Niego nie dowierzają

środa, 17 marca 2010

przez siebie

to nie jest trudne. usiąść i napisać o niczym parę zdań. tak ot, trochę o tym, trochę o tamtym i będzie. a jednak, żeby napisać coś, do czego się zobowiązałam, trzeba mnie zaciągać wołami. w dodatku miało być 5 tekstów, a ja w nadgorliwości swojej wymyśliłam więcej tematów i istnieje niebezpieczeństwo, że będzie trzeba tekstów napisać więcej. ale coś za coś. mogę pisać w domu, robić sobie przerwy, kiedy mam na to ochotę, tym razem pisać na tematy wymyślone przez samą siebie, a nie w całości pod czyjeś dyktando. dobrze mieć takie zajęcie. cieszy mnie to. przekonałam samą siebie i zaraz siadam do tego. tylko kawę sobie zrobię. już druga dziś, ale spałam za krótko. z winy własnych pomysłów na spędzanie wieczoru. w zasadzie ten wieczór chyba miał początek około 23 kiedy powinnam smacznie spać od godziny co najmniej. tak, kawa to jednak świetny pomysł. i muzykę sobie włączę ładną.

stróżu mój aniele
siły mam niewiele

anioł mój mnie chroni
przed złożeniem broni

taki jesteś miły
że dodajesz siły

gdym w potrzebie wielkiej
podajesz mi rękę

i do szefa szepczesz
niech jej trud nie zdepcze

sobota, 13 marca 2010

tytuł jakiś markotny taki

o matko. robię przegląd piosenki wspólnej. dużo tego się zebrało.
chciałam powiedzieć, że sernik wyszedł średni, polepszył się na trzy dni po wyjęciu z piekarnika, ale posmak proszku w cieście nie z proszku mnie drażni.
osobisty recenzent wyjechał na bliższe, trzydniowe spotkanie z Szefem Świata i pewnie tam się świetnie bawi, podczas gdy ja po sprzątnięciu wszystkich zakamarków w mieszkaniu zbieram za to, że "nic w tym domu nie robię" i słucham jak odkurzacz ponownie odkurza te same miejsca, w których odżywiał się 20 minut wcześniej. z tą różnicą, że za pierwszym razem miał co jeść a za drugim nie.
nie lubię zostawać sama. ale na pewno dobrze nam zrobi. przecież to nie zdrowo tak się widywać codziennie. tak słyszałam niedawno. ale mimo wszystko, w głębi wiem, że cokolwiek bym nie myślała, jakkolwiek nie tęskniła - to dobrze, że tam jest.
a wczoraj Duch Szefa się zjawił. w swoim znaku ognia wypalał tlen w mieszkaniu młodych małżonków, którzy na przygotowanie przemówień Szefa mnie zaprosili. no i jak Duch dmuchnął to tak powiało, że się zastanawiam jak to jest z tym rokiem łaski. czy potem będą następne? mam nadzieję.
nie mam pojęcia o czym piszę więc czas skończyć.

aniele boży
serce się trwoży
że miłego sercu mało
że samo zostało

a anioł boży
wciąż stoi pilnuje
a serce głupoty wygaduje
bo może i mu mało
ale samo nie zostało