wtorek, 30 lipca 2013

rozmyślania - rozmyślenia

wcześniej się rozmyśliłam, kiedy zaczęłam pisać ten post.
i już nie zostało mi z pomysłu na niego ani jedno skojarzenie, poza tytułem.
rozmyślania o rozmyśleniu. ile to razy się rozmyślałam.  przyjdę na pewno. nie przyszłam. rozmyśliłam się. mam ochotę na kino, duży pop-corn i colę. co za idiotyczny pomysł. rozmyśliłam się. ba, były nawet takie rozmyślenia: będę miała bardzo dużo dzieci, a dodatkowo będę super wykształcona. o. i tu chyba już mi się przypomniało o czym miało tu być napisane.

a zatem. w październiku wg planu ma się rozpocząć największy hardcore edukacyjny wszech czasów. ale też rodzicielski. półtora roku w 2 semestry. dziecko z niańkami, babciami, ciociami. 5 dni w tygodniu. podobno tak trzeba i nie ma w tym nic złego.

i tu wchodzi moja macierzyńska intuicja. ona mi podpowiada, że to jest najgłupszy pomysł. że czas powiedzieć rozmyśliłam się.  przekazać wszystkim, którzy mówią - to dla Twojego dobra, żebyś później nie żałowała - że choć jestem wdzięczna za ich troskę, czuję że będę żałować każdej chwili, którą mogłabym spędzić z Ha. bo jeśli wpiszę się w ten tryb, to nie ja będę widzieć jak moje dziecko zaczyna biegać, zawiera nowe znajomości na placu zabaw, nie ja będę wiedzieć co znaczą jej własne słowa, którymi nazywa różne przedmioty.  nie ja będę przytulać, kiedy na spacerze potknie się i zedrze kolano. nie ja będę mówić idziemy na spacer, pieczemy ciasto, spotykamy się z ciocią i jej dziećmi.  dla mnie zostaną tylko cichutko córeczko, mama się uczy. chodź córeczko sprzątniemy zabawki, czas spać. papa córeczko, mama wychodzi, miłego dnia. 

to nie chodzi o to, że nie mam ambicji, nie chcę zdobywać wiedzy, rozwijać się intelektualnie. nie. chcę. mam ambicje, tylko kieruję je w inną stronę. mam ambicję, by być z moim dzieckiem w domu. by nie musieć odstawiać jej od piersi tylko dlatego, że zaczął się rok akademicki i całymi dniami będę poza domem. mam ambicję wiedzieć co czuje, co mówi moje dziecko, zanim dowiedzą się tego dziadkowie czy ciocie. być może jest to tymczasowe, i kiedy już nabędę się z Ha. stwierdzę - ok, wystarczy, teraz już mogę wrócić do zdobywania wiedzy w gruncie rzeczy mało użytecznej, ale rozwijającej moje półkule mózgowe. ale dziś? dziś nie jestem na to gotowa. może stanę się gotowa za miesiąc, kiedy przyjdzie pora na składanie dokumentów. ale dziś kompletnie nie. dziś czuję, że moim powołaniem jest dbanie o dom, budowanie jego atmosfery, dla mojego męża i naszej córki. tak, panie Wi. dziś nie jestem gotowa tego zostawić, a jeśli zdecydowałabym się pójść za twoją radą i marzeniem, spełnić to jedno z twoich oczekiwań, byłabym wobec siebie bardzo nieszczera. a wobec domu zupełnie nieefektywna. proszę przyjmij to i zrozum. Szef mi to potwierdził kilkakrotnie w ciągu ostatnich tygodni. serio.

aniele boży chcę być w domu
mej córki nie chcę oddać nikomu
nie chcę by kosztem jej czasu ze mną
ktokolwiek dawał mi wiedzę tajemną

ta wiedza może nie jest bez zalet
być może kiedyś zapiszę kajet
lecz dziś ważniejsza jest dla mnie rodzina
tak chciałabym żeby mąż tego się trzymał

a nie tej obawy że gdy przyjdzie kryzys
i zamiast pracy czeka mnie wyzysk
że bez studiów tylko tak rzecze prorok
na bezrobocie podpisany wyrok

męża aniele bardzo cię proszę
zmieniaj podejście męża po trosze
niech sam zapragnie by żonę mieć w domu
a córki nie dawać na długo nikomu

wiem też że być w domu to nie bajeczka
więc zostać w nim to nie jest ucieczka
to jest decyzja o wysłuchaniu
co Szef do mnie mówi w mym powołaniu


poniedziałek, 29 lipca 2013

ukropny okrop.

albo odwrotnie. okropny ukrop. być może za kilka miesięcy będę tęsknić za temperaturą dzisiejszego dnia. jednak teraz czuję się nią zmęczona. dopiero niewiele przed północą można swobodnie odetchnąć, nie obawiając się o poparzenie dróg oddechowych. można też wyjść na balkon i jako synonimu do tej czynności użyć sformułowania wyjść na powietrze. mała Ha. spływała cały dzień potem, większość spływania odbywała się szczęśliwie przez sen, co umożliwiło mi nadrobienie prac domowych. szły mi one jednak jak krew z nosa, bo moje ruchy stały się w tym upale jakby spowolnione i chaotyczne. zamiast wylewać wodę do wanny postanowiłam zalać sobie całą łazienkę. być może było to podświadome działanie, na rzecz nawilżania powietrza. nie wiem. w każdym razie wszystko dziś trwało dłużej niż w tzw normalny dzień.

drogi aniele
mam ukrop w ciele
gotuje się głowa
plączą się słowa

ukropny okrop
okropny ukrop
choć trochę cienia
aniele mi wytrop

lub podaruj lody
dla lekkiej ochłody
nim się roztopię
w dzisiejszym ukropie.

piątek, 5 lipca 2013

wiejskie wakacje

szykowanie się do wakacji. pralka pierze, słońce suszy. sama zastanawiam się co jest niezbędne, a co w zasadzie dałoby radę zostawić. co czytać, w co się ubierać, czym zabawiać latorośl. jak się spakować, żeby nie stracić urlopu na myśleniu o tym co zostało, a jest potrzebne.
dowiedziałam się dziś, że na miejscu będzie wi-fi. od trzech lat tam bywałam, na wiejskich wakacjach z uroczym smrodkiem od krów, wszechobecnymi muchami i moją udręką był brak internetu. myślałam sobie, cóż, może i jestem od niego uzależniona, ale przynajmniej mogłabym czymś się zająć, napisać coś, przeczytać, skontaktować się. a teraz, gdy przyszła wiadomość o wielkiej zmianie, że oto wieś poszła z duchem czasu i postanowiła zapewnić swoim gościom atrakcję w postaci dostępu do sieci, jestem przerażona. ta okoliczność sprawia bowiem, że pan Wi. będzie regularnie dostawał maile i prawdopodobnie spowoduje to jego pracową aktywność. pomimo urlopu. pomimo wspaniałej jego zdaniem bliskości natury, wody, lasów, zwierząt. ja jestem człowiek miastowy. wieś lubię podziwiać na pocztówce, ewentualnie mogę raz czy dwa popatrzeć jak bociany spacerują po polu w stronę zachodzącego słońca. ale żeby tydzień. na wsi na której będzie internet, przekazujący mi codziennie informacje o tym co dzieje się w mieście. na wsi z dziecięciem, które nie umie chodzić, a które łatwo może sturlać się do wody, albo poraczkować pod krowie kopyto lub co gorsza placek. wreszcie mleko prosto od krowy pod nosem i wszelkie pyszne mleczne przetwory pod nosem, podczas gdy szkodzi nawet mała ilość krowiego białka. tortura.

na szczęście przekazano mi kiedyś, że żona powinna podlegać mężowi. przynosi to jej korzyść. poza oczywistym poczuciem bezpieczeństwa dodaje też otuchy, że skoro to on podejmuje decyzję, on również jest odpowiedzialny za jej skutki. och ta przewrotna kobieca logika.

aniele boży
strzeż nas w podróży
zachowaj od sporów
dodawaj humoru
do lasów chodź z nami
popływaj czasami
bądź też na rowerze
przypomnij w co wierzę

czwartek, 4 lipca 2013

spotkanie

sporo jest podobnych ludzi. do mnie. ostatnio doświadczyłam tego w kilku spotkaniach. trochę przypadkowych. na pierwszy rzut oka totalnie inni. inny wygląd, styl ubioru, inna dziewczyna, inna para. mniej dzieci, więcej dzieci, mniej kolorowy wózek, bardziej kolorowe włosy. a jednak okazuje się, że od drobiazgów typu niekrowie mleko do kawy, podobne komplementy na temat córek (ona jest obiektywnie piękna), przez perypetie życiowo-edukacyjne, przechodzi się do kolejnych jejku mam tak samo, czuję tak samo, myślę podobnie. nie chodzi o bycie identycznym. raczej o podobne tony, na których się nadaje. podobny sposób na wyrażanie myśli i samego siebie. podobne przeczucie, że jeśli nie pisane słowo to co innego? podobne wrażenie, że jak ktoś zleci to już nie to samo. podobne przekonanie, że coś z tym trzeba zrobić. pokazać większej liczbie odbiorców niż 5. i wreszcie podobna wiara, że bez wsparcia Góry to nie będzie możliwe czy też sensowne.

aniele boży tyle już czasu
o to pisanie nie robię hałasu
że może nadszedł już czas najwyższy 
i tremę wielką decyzja przewyższy
i pójdę wyjąć z szuflady słowa
by ktoś mógł je interpretować



poniedziałek, 28 stycznia 2013

jakie jest twe imię?

wzięło mnie. przeżywam za innych. coś się dzieje u kogoś, ja się martwię. to chyba ludzkie i normalne. ale dawno u mnie tego nie było. doradzam. najlepiej w tych sprawach odsyłać do Szefa. wie najlepiej, bo wie wszystko, to któż miałby być lepiej poinformowany. od Niego nikt. ale od nas? owszem, jest taki jeden, z bandą pomagierów. przebrzydłe stworzenie, które postanowiło zepsuć wszystko co jest. i tak psuje po kawałku, nie wszystko na raz, bo wszyscy by się zorientowali, że coś nie gra. ale w końcu nie gra, albo gra tylko najpierw fałszywie. i tu nie pasuje, tu nie do rytmu, tu się struna zrywa, a tam zawodzi ktoś chrypliwym głosem i to zupełnie do stylu nie pasuje.

martwię się, bo widzę, podobieństwo. podobnie się zmagałam, tylko wszystko u mnie było ekspresowo a tu ciągnie się już kilka lat. ja szybciej musiałam decydować, szybciej orientowałam się, że zło okropnie mąci, ale że jest też inne zmaganie nie z kimś, a raczej o coś. i tego zmagania też doświadczyłam. to nie tak, że się wychodzi zwycięsko. zawsze i wszędzie i że ciągle tylko happy-end. a czasem jest zwycięstwo,  choć po ludzku wychodzi się z tego kulejąc. ale wie się kim się jest. poznaje się własne imię. poznaje się samego siebie. i nie jest to jednorazowa sprawa. czasem noc trwa długo, i choć w końcu mija, to kiedyś znów wraca. i dalej można poznawać siebie, kto wie, może bardziej kulejąc?

Aniele Boży stróżu Ma.
przekonaj ją że jeszcze się da
że miłość ludzka niestety tak działa
i czasem coś mówi czego nie chciała.


środa, 14 listopada 2012

ograniczony kosmos i bezkresna ziemia

nie umiem wyładowywać złości. czasem po prostu się pojawia, próbuje mną zawładnąć, wchodzi w jakieś połączenia między mózgiem a sercem. dlatego zaczyna boleć jedno i drugie. cierpliwości za mało, zrozumienia za grosz. tak to jest być tą, którą się zawsze chciało być. nagle się okazuje, że to znaczy zupełnie co innego, niż się wydawało na początku. to nagle tak częste, że już powinno być nazwane raczej znowu i w dodatku zgodnie z przewidywaniami. bo powoli zaczyna się przyzwyczajać do tego, że to wszystko okazuje się być niczym, a nic wszystkim. że ważne jest zupełnie nieistotne, a bzdura nabiera ogromnego znaczenia. to trochę tak, jakby ziemia zdecydowała nagle zamienić się miejscami z kosmosem i ten kosmos miał się zmieścić w przestrzeni dotąd zajmowanej przez ziemię. i jednocześnie ziemia nie wie co ze sobą zrobić w ogromie miejsca zostawionego przez kosmos. dziś jest ten gorszy moment. nie cieszy się ziemia, że ma tyle miejsca, a kosmos, że może wreszcie poczuć bezpieczne granice. dziś jest nie tak.

aniele boży
chcę się położyć
niech głowę mi utną
bo boli i smutno

czwartek, 1 listopada 2012

znowu i znowu

po raz kolejny postanowiłam spróbować. będę pisać. och, jak trudno się mobilizować. zwłaszcza, że tyle się pozmieniało. wszystkie priorytety pozamieniały się miejscami. taki największy choć najmniejszy a jednak najważniejszy priorytet (co to w ogóle za sformułowanie - "najważniejszy priorytet"?) ma obecnie cztery miesiące, mierzy niecałe 60 cm i waży niecałe 6 kg. głos ma to to donośny, śmiech rozczulający, oczy pełne myśli, których nikt nie jest w stanie odgadnąć, a jej niewielkie nóżki ciągle gdzieś biegną, choć sama nie jest w stanie jeszcze nawet na nich usiąść. według rytmu tego cudu toczy się aktualnie nasze (moje i pana Wiś.) życie. a takie to cuda sprawia Szef. bo to jego sprawka. nawet banda wykształconych doktorów wmawiała mi że wcale tego małego człowieka we mnie nie było, że to jakiś nowotwór, a te diagnozy stawiali ponieważ to maleństwo mniejsze było od ziarenka i nie chciało się pokazać na ekranie. i mówili: proszę pani, to nie jest bezpieczne, trzeba usuwać cokolwiek tam jest, ale jedno co wiemy, że to coś człowiekiem nie jest. ale to coś zrobiło niespodziankę, urosło i pokazało, że niczym innym nie jest jak właśnie człowiekiem. pogmatwane są te historie. no, najważniejsze, że jednak jest. a ponieważ uznało, że skoro jest ciemno to można iść spać, to mam chwilę żeby coś napisać.
bardzo mnie cieszą chwile i drobiazgi. tak jak dawniej. jak dawniej też miewam dni zupełnego zwątpienia w jakikolwiek sens, łapię się jakiejś uporczywej myśli, że jest beznadziejnie, że nigdy nie było gorzej. na szczęście jest pan Wiś. on mnie sprowadza na ziemię, mówi, że tarczyca, że gospodarka zaburzona i od razu człowiek się z siebie śmieje. jak zawsze zgubiłam wątek. nie będę go szukać.

aniele boży dziś wszystkich świętych
widzę ich w głowie tak uśmiechniętych
czy mogliby oni tam za mną westchnąć
i moje marzenia Szefowi przepchnąć
by świat mój dorosły stał się mi bliski
bym życia nie chciała kłaść do walizki
i uciec daleko i wszystko zostawić
w ułudzie że dusza przestanie krwawić
z poczucia że wszystko już jej zabrano
że życie nie po to by ją kochano
a przecież Szef kocha te smutną duszkę
i słowo szepcze duszce na uszko

piątek, 9 marca 2012

marcowe przemyślenia

no tak. można się zastanawiać, co się zmieni, a co zostanie tak jak było. zwykle wyobrażałam sobie to inaczej. biega się po świecie, zdobywa wszystkie potrzebne przedmioty, wydaje mnóstwo pieniędzy, maluje ściany i dostaje wszystkich objawów szaleństwa. a my? szalejemy i owszem. rodzina i znajomi szaleją na punkcie przynoszenia nam przedmiotów. ja szaleję na punkcie męża. znajduję przyjemność w prasowaniu i pieczeniu, ale jest to dość specyficzne szukanie przyjemności. owszem prasuje jakieś przymałe egzemplarze odzieży dla kogoś, kto póki co wcale jej nie potrzebuje, a koszule męża leżą pogniecione, bo ja przecież robię coś innego. piekę trzy rodzaje ciast i ciasteczek, ale umieram z głodu, bo nic nie ma na obiad (a wychodziłam dwa razy do sklepu po składniki do wypieków). ja się pytam: kto w takim razie odpowiada za brak tego obiadu? czy mąż, który uprawia współczesną formę polowania, spędzając większą część dnia na zarabianiu pieniędzy ciężką pracą, abym miała za co zrobić zakupy i aby było za co mieszkać? czy może szalejąca na jego punkcie żona, której wszystko się pomieszało od tych zachodzących wokół i w środku zmian. ale przecież nie chodzi o szukanie winnych.

ech, zawsze tak się dzieje, zadzwonił telefon, odebrałam i już nie wiem co tu dalej za tą myślą się kryło. cóż mądrego, konstruktywnego i odkrywczego chciałam napisać. przejdę zatem do czegoś zupełnie innego, co przyszło mi właśnie do głowy.

otóż, po raz kolejny Szef zwrócił się z zaproszeniem, by go posłuchać. i nie tak, jak zwykle, pobieżnie, trochę myśląc o tym czy pranie już wyjęte albo czy zdążymy pojechać do kogoś w odwiedziny. tym razem znów zaprasza nas w nieznane, żeby trzy dni nie zajmować się niczym innym tylko słuchaniem. dom zostaje w domu. rodzina u rodziny. tylko ja i Wi.

słuchanie nigdy nie było moją mocną stroną. gubię się w wątkach, a kiedy się gubię to raczej nie myślę, że się zgubiłam. podążam nowymi ścieżkami zamiast iść po tej jednej, na której mam głośnik i słyszę jak iść. ale czas jest dobry do słuchania. wielki czas. z wielką na końcu nocą. która jawi  mi się jako coś fantastycznego. choć jednocześnie, z powodu wielkiej zmiany jaka zaszła grubo ponad pół roku temu napawa mnie owa tegoroczna noc pewnym lękiem, bo nie będzie tak, jak ja się już przyzwyczaiłam. będą inni ludzie, inne zwyczaje, mimo że w istocie nic się nie zmieni.
tak. tak właśnie odkryłam, że zgubiłam wątek, co jak widać zdarza mi się nie tylko podczas słuchania. ale  to moje pisanie jest chyba rodzajem słuchania siebie, więc kto wie, kto wie.

od dziś trzy dni posłucham. może uda się coś usłyszeć i będzie co przekazywać naszej niezwykłej wielkiej zmianie w środku.

aniele boży
chcę się położyć
by potem od rana
być zasłuchana

a nim zasnę dzisiaj
byś ty przy mnie przysiadł
przekonał że ufać
to też znaczy słuchać

niedziela, 4 grudnia 2011

a jednak

a jednak piszę. mało czytałam ostatnio, to i mało zdań się w głowie układa. tak to jakoś wszystko połączone.

zmienia się człowiekowi życie trochę. i podejście do niego. nic złego w tym nie ma. jednak jest inaczej. zaczynam się zastanawiać, jak to będzie za jakiś czas. co się stanie ze mną, co z Wi., jak to wszystko będzie wyglądało. i jak tak sobie już trochę po swojemu podramatyzuję, to się nagle okazuje, że nic złego się nie stanie. bo Szef obiecał przecież. bo jesteśmy już na zawsze ze sobą. i na dobre chwile i na te gorsze, i na czas i na brak czasu, i na głód i przejedzenie. wszystko jest już na zawsze i razem. i to jest naprawdę fantastyczne i doskonałe. może czasem inne wrażenie sprawiam na zewnątrz, wpadając w różne histerie. ale te histerie też są wspaniale usprawiedliwione. przecież to normalne, zupełnie naturalne. i że jak kot i że poranki nie pasują. to wszystko jest jak zawsze i od zawsze.

dziś akurat dużo tęsknię, bo jestem żoną na odległość. małżonek zdobywa wyższe wykształcenie w dalekim mieście. a ja, połechtana tym, że usłyszałam dziś na nowo, że niektórzy lubią czytać co piszę, napisałam. przyznam się też w sekrecie, że kilka dni temu, czytałam co tu przez te lata pisałam. i też lubię czytać co piszę. to pewnie jakiś skrajny rodzaj narcyzmu, ale podoba mi się to. tak na osłodę tego wszystkiego co mi się ostatnio nie podoba. na przykład, że spać nie mogę, a potem wstać. ech.

aniele boży
znów słowa chcę tworzyć
wnętrze swe badać
i zdania układać



czwartek, 18 sierpnia 2011

litery spłynęły z mej głowy potokiem

Szef za pośrednictwem powiedział jak jest naprawdę.
nie jestem dobrą żoną. i wcale jeszcze długo nie będę najprawdopodobniej. bo to jest długa droga pod górę, ale najlepsze widoki są dopiero ze szczytu. a teraz to przez las i od czasu do czasu jakaś polana, to sobie można popatrzeć, że może i ładnie. ja nie wiem, może przesadzam, ale u nas sporo tej polany, bo widoki całkiem fajne.
inna sprawa, że poranki bywają paskudne, bo ja naprawdę nie znoszę wstawać. pierwsze godziny dnia są dla mnie czasem męki. przechodzenia z błogostanu, fantastycznego świata sennych marzeń do okropnie twardej rzeczywistości. oczywiście, można sobie narzucić, że trzeba wstać tak po prostu, do pracy, do życia w ogóle. tylko ja mogę narzucić sobie wieczorem, a rano, zanim sobie o tym przypomnę, to już mija tyle czasu, że wszystko w łeb bierze.
ale choć w łeb biorą założenia dnia poprzedniego, to odkrywam, jak bardzo lubię być w domu. i jak bardzo bym chciała, już po studiach i po stażach, po prostu być w domu. Nic mi tak nie sprawia przyjemności, jak wyjmowanie ciasta z piekarnika, gotowanie obiadu, planowanie jakie składniki kupić, żeby przygotować coś przepysznego i jakich jeszcze sprzętów użytku domowego nam brakuje i co bym chciała mieć.
o tak, wbrew trendom marzę, by zostać pełnoetatową kurą domową!

aniele boży mój stróżu domu
marzeń mych zabrać nie pozwól nikomu
i szepnij w niebie do Szefa ucha
że żar mych pragnień z ducha mi bucha
i piec i gotować tak bardzo bym chciała
i książki mężowi bym pięknie czytała
posprzątam i zadbam o dom nasz małżeński
a dokąd nie stanie się to będę tęsknić
jak za niczym jeszcze, no może za mężem
by dojść do tej roli me siły wytężę
i kurą zostanę, kurą domową
pomocą dla męża chcę być wystrzałową
a kiedy zabrać mnie na randkę zechce
mą kobiecą duszę ta wizja połechce
i spełnię swą rolę tak jak należy
Szef spełni marzenie, muszę mu wierzyć





piątek, 17 czerwca 2011

niedoczas 8 ∞

cierpię na niedoczas. mam czasu niewiele. zostało dni 8. ile to osiem dni. oktawa. za osiem dni będę żoną. poważną kobietą. usłyszałam niedawno, że dojrzewanie to decyzja: dojrzewam. i już. od momentu jej podjęcia, życie staje się inne. dojrzałe. robię to zamiast tego. nie robię tego, bo coś. to niezwykłe. tak wspaniałe. jeszcze trochę i będę żoną mojego ukochanego Wi. już nie mogę się doczekać, to będzie piękne, mieć tyle czasu ze sobą. mieszkać razem, być razem, wracać do domu, gdzie czeka mąż, lub czekać na niego aż wróci. ach. wiem, że życie małżonków to nie same wzloty, uniesienia i przyjemności. ale to jest tak wspaniałe, niezwykłe i boskie, że czekam na to i te osiem dni, ta ósemka, przewraca mi się ze zniecierpliwienia i staje się znakiem nieskończoności. za 8 dni bowiem z pary narzeczonych, staniemy się małżeństwem, na zawsze, na wieki wieków, amen.

piątek, 20 maja 2011

być mną być urwisem

mam plany i marzenia, mam myśli w głowie i chęci do przekucia ich w słowa zapisane.
mam paskudny charakter pisma. jest leniwy i niechlujny. nie chce zapisywać tego co trzeba. myli litery, nie dodaje znaków interpunkcyjnych tam, gdzie powinien je dodawać.
przechodzi zbyt płynnie do kolejnych wątków. ale jest. w różnego typu maszynach do pisania(wliczając edytor tekstu na macbooku) nabiera sobie tylko właściwej cechy nieużywania wielkich liter, z wyjątkiem "Szefa" i większości inicjałów. to jego osobista cecha. nikomu innemu nie pasująca tak dobrze. cieszę się, że jakikolwiek charakter moje pismo posiada.
ja też sama w sobie może wspaniałego charakteru nie mam, ale pozwala mi on na bycie sobą. nie kimś innym, właśnie mną. nie inną, nie lepszą, nie gorszą - mną, która za 36 dni wejdzie w niezwykły związek. złączy swój charakter z jego charakterem. związek ten połączy więcej niż charaktery. połączy nasze historie i stworzy z nich jedną. połączy moje imię z jego nazwiskiem, co będzie zmianą widoczną w papierach, to będzie tak namacalna zmiana, że aż nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. z urwro stanę się urwis. tak wychodzi z pierwszych sylab.
urwis, hm... ananas, ancymon, gagatek, gałgan, hultaj huncwot, łobuz, łobuziak, nicpoń, ziółko, psotnik. oto czym się stanę po wejściu w związek, wyjściu z domu rodzinnego.
ale przede wszystkim będę przecież żoną i to tego najbardziej nie mogę się doczekać.

mój charakter pisma, znów przeszedł z wątku do wątku i ja sama się w tych wątkach zgubiłam. ja urwisem dopiero będę, a moje pismo chyba już nim jest.

środa, 18 maja 2011

piszesz - masz

ledwie napisałam o moich marzeniach dotyczących czytania i mózg zadziałał. przypomniał sobie o mojej karcie do biblioteki, wysłał sygnał, gdzie jej należy szukać i oto mam! znalazłam! wypożyczyłam 2 książki dla siebie(jedna po polsku, jedna po angielsku! tak! jak będę duża zostanę poliglotką!), jedną dla Wi. i jestem szczęśliwa.
mam książki, mam rozpoczętą historię z sukienką, mamy zaproszenia. już nawet niektórych zaprosiliśmy.

środa, 11 maja 2011

chcę czytać książki.

marzy mi się:
znów dużo pisać.
czytać książkę tygodniowo
myśleć o wielu rzeczach, a nie o jednej sprawie.
mieć już za sobą trzy loty samolotem.

mam 4 niedokończone książki uporczywie spoglądające na mnie gdy tylko wchodzę do pokoju. nie licząc tych setek, może wręcz tysięcy stron lektur na ćwiczenia i egzaminy, od których chciałabym trochę uciec, ale z drugiej strony czytam, bo lubię czytać, a to przynajmniej jakieś zastępstwo ciekawych historii. choć ja bym chciała tak spokojnie, w fotelu, z ciastkami i herbatą. przenosić się w inny świat niż podstawy fascynującej ekonomii (napisane swoją drogą przez tak do tego entuzjastycznie nastawioną panią, że nawet przez chwilę miałam ochotę na czytanie tego) czy świat bardzo logiczny gdzie jeśli gosia jest niewysoka to pójdzie na randkę z przystojnym heniem i będzie zadowolona albo pójdzie na randkę z przystojnym heniem i nie będzie zadowolona, bo nie jest niewysoka. dużo zajęć dziś. to dobrze. przyda mi się.

aniele boży stróżu mój
ty wiesz, że lubię czytać
znajdź książki dla mnie - liter rój
lub zdradź kogo popytać
gdzie słów najlepszych będzie w bród
co w zdania są składane
i w głowie stają się jak miód
gdy na głos są czytane



środa, 13 kwietnia 2011

czytam, piszę, piekę, załatwiam

na nowo lubuję się w czytaniu. tygodników najchętniej. bo ostatnio już jakoś podupadała moja zdolność czytania, po kilku zdaniach każdy tekst mnie nudził. bałam się wręcz, czy to nie jakaś poważniejsza sprawa, na przykład alergia na czytanie, nie daj Boże.

kiedy odżyły litery już napisane, zaczęły się w głowie kłębić zdania, okrągłe, kwadratowe, złożone i proste. szykowały się długo, ale ułożyły się w mało atrakcyjny tekst, który jednak jakoś tam pomoże niejakiej K. spełnić swoje marzenie o własnej działalności.

oczywiście, jak to zawsze bywa, kiedy biorę się za niezwykle ważne do pisania rzeczy, opatrzone nieprzekraczalnym deadline'em, z kuchni zaczynają po kolei wołać mnie poszczególne składniki nieupieczonych jeszcze ciast czy chlebów. tak skradają się po cichu, wplatają się między moje piszące palce i wstukują w wyszukiwarkę adresy stron z przepisami. tak zwiedziona, stworzyłam dziś 16 bułeczek i chleb. a wieczorem zamierzamy z Wi. stworzyć jeszcze muffiny.

kiedy piekę, czuję się jak prawdziwa pani domu. choć tego w którym mieszkam obecnie nie jestem panią, to wiem, że to preludium. już za 72 dni będę ślubować uroczyście, że będę piekła bułki, dbała o domowe ognisko i uzupełniała szafkę ze słodyczami. oczywiście, choć każdy by chciał, ojczyzna nasza państwem wyznaniowym nie jest. żeby wziąć ślub zgodnie ze swoją wiarą a w oczach państwa też stać się małżeństwem, należy uiścić opłatę oraz podpisać sto cztery papierki. wybrać nazwisko, sobie i dzieciom, pomarudzić, że struktury mojego wyznania nie są tak wyposażone jak urząd stanu cywilnego i nie może za pomocą komputerowej bazy danych ściągnąć z 2 parafii zaświadczeń o naszych chrztach. dlatego załatwiania dziś ciąg dalszy.

Michale Boży Archaniele
załatwiania jest tak wiele
w twej parafii w aktach leży
chrztu świadectwo jak należy

idę je odebrać. o.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

życie według kalendarza

nie wiem w co włożyć ręce. tyle biegania, a ręka w nocniku. i tak co rano. ojej, znów nie zdążyłam. obiecałam, nie zrobiłam. spotkajmy się, bądźmy w kontakcie, umówmy się.
a ja bym się umówiła na tydzień bez planu. mam i tak dużo szczęścia, że pomijając plan zajęć na uczelni moje plany z kalendarza są dość elastyczne i nie umierają przy 10 minutowym spóźnieniu. jak powiedziała Ju. jak się ma moleskina to od razu ma się wenę. pomyślałam wtedy, że taką chyba do zapisywania każdej wolnej linijki w kalendarzu, co skutkuje brakiem czasu na cokolwiek. a teraz myślę, że weny trochę jednak pozbawia. i uzależnia od tych kolorowo zapisanych kartek. moje cienkopisy powoli przestają nadążać za moimi planami. Szefie, mówiłeś, żeby nie planować. ale te moje plany to nie oczekiwania i projekcje. to raczej próba organizacji czasu. bo oczekiwania muszę zostawić. z boku lub z tyłu. oczekiwać będę później, w wolnej chwili. teraz bowiem oczekiwania moje mogłyby mnie zawieść. zawiodłyby moje zaufanie lub zwiodły na manowce złego samopoczucia. tak, zdecydowanie. oczekiwaniem zajmę się za jakiś czas. na pewno po przygodzie z szyciem kreacji. nie chcę oczekiwać. właśnie po to by nie zostać zwiedzioną na pola niezadowolenia.
kolejny raz miałam iść wcześniej spać, według kalendarza. wstawać wcześnie. kłaść się wcześnie. wstawać wcześnie. i tak w kółko, zdrowo, pięknie. ale dziś tak idę i idę, od 3 godzin gotowa do spania, wciąż znajduję nowe rzeczy do natychmiastowego załatwienia. ale tym razem na dobre, obiecuję. idę spać. i wstanę rano, położę się wcześnie, żeby wstać rano, potem położyć się wcześnie... dobranoc.

w tiulu utonę aniele boży
bo będzie pani sukienkę tworzyć
i do tworzenia tiulu użyje
z niego w większości sukienkę uszyje.

środa, 23 marca 2011

szykujemy się, szykujemy.

och dzieje się dzieje. w poprzedni weekend miałam okazję dużo słuchać. to niezwykłe doświadczenie. świat który krzyczy, często powoduje, że zamykam się na słuchanie, a jednak - udało się. zasłuchana wróciłam do domu, a dziś, po kilku dniach mogłam znów posłuchać. razem z Wi. słuchaliśmy o tym, co jest ważne dla nas, na dziś i na przyszłość. bo za 94 dni zacznie się nasza zupełnie nowa, wspólna przyszłość. warto, żebyśmy już wcześniej mieli jakieś pojęcie o tym, w co się pakujemy. żeby nie skończyło się na jednym weekendzie i jednej środzie już w sobotę zaczniemy intensywny dwudniowy kurs, takie szkolenie z Szefem, na którym będzie nas uczył, czego możemy się spodziewać, a co powinniśmy dać od siebie, żeby to nasze wspólne życie miało ręce i nogi. jak już się dowiedzieliśmy, nogi będą trzy. żeby nie stracić równowagi.

wcześniej miałam już trochę przygotowań, natury bardziej materialnej. z bardzo pomocną J. i dość sceptyczną mamą, odwiedziłyśmy 5 lub 6 przybytków z sukienkami. dawno już nie miałam okazji pomachać tyle rękami, a już na pewno nigdy wcześniej nie miałam okazji mierzyć tylu sukien. to przymierzanie miało na celu powolną eliminację wielu pomysłów, których w głowie, jak się okazało miałam milion. myślałam, że nie mam pojęcia w co się ubrać, ale wyszło na to, że miałam dużo koncepcji, z których stworzyłam sobie w głowie jakiś obraz. ostatecznie to, co teraz jest coraz bliżej realizacji, z tym obrazem ma niewiele wspólnego. to bardzo budujące doświadczenie, zwłaszcza przed ślubem, nauczyć się rezygnować z własnych planów, jednocześnie nie rujnując swoich marzeń. też fantastyczne jest widzieć, że z pomocą innych, w tym Szefa, można naprawdę tworzyć wspaniałe pomysły, i dążyć do ich zmaterializowania.
powoli zaczyna się klarować, jak będzie wyglądać pewna panna młoda za 3 miesiące, co naprawdę bardzo mnie cieszy.

w biel pięknie ubrany aniele boży
już wiem co w dniu ślubu na siebie mam włożyć
też będzie biało i będą kwiatki
na ręku i włosach u przyszłej mężatki





wtorek, 15 marca 2011

w marcu jak w garncu. rymowanka to słaba.

po pięknym weekendzie, pełnym słońca i emocji nastał tydzień. znów zamiast zaczynać pogodnie każdy dzień jeszcze przed świtem, zamiast zanurzać się w głębiny poznania już późnym przedpołudniem, zamiast jeść obiad po południu i kłaść się spać z kurami przyszedł tydzień niewypełnionych planów. bo tak to jest z planami. jak chcesz po swojemu to ci się kłody pod nogi, odcisk na kciuku i oczko w rajstopach. zawsze. niezależnie od sytuacji. i jeszcze tulipany zwiędły. i roboty tyle, że aż odwrotnie proporcjonalnie układają się chęci i motywacja.

aniele boży
niech się ułoży
w przecudną całość
ma wielka małość

niech będzie wokoło
wszystkim wesoło
i mi oraz wiś
daj uśmiech dziś

niedziela, 6 lutego 2011

słońce

od rana świeci słoneczko. humor jest dobry choć w dzień wolny mnóstwo do roboty. pisać na zadane tematy się nie chce, a o słońcu proszę bardzo. mogę wierszem i na wspak. ecńołs. to naprawdę miły moment taki słoneczny dzień.

w lutym słońcem
dni pachnące

jak wiosennie ślicznie świeci
cieszą mordki wszystkie dzieci
cieszą mordki skaczą w górę
już żegnają dni ponure


poniedziałek, 31 stycznia 2011

smutki

to trudne. kiedy wszystko idzie wspaniale, a mimo to budzisz się z takim smutkiem, który przeszywa na wylot. takim, który nie wiadomo skąd się wziął i sprawia wrażenie, jakby chciał zostać na długo. kiedy sprawy idą źle, wtedy smutek jest zrozumiały. kiedy dzieje się coś przykrego, łzy są czymś zupełnie naturalnym, czymś właściwym, pozwalającym na oczyszczenie. w tym przypadku jednak, gdy w gruncie rzeczy wszystkie sprawy idą lepiej, niż można by sobie życzyć- to jest po prostu trudne i niezrozumiałe. mam wszystko to, o czym wiele dziewczyn na moim miejscu marzy. nie mówię o tym, że mam dach nad głową, własne miejsce w domu czy jedzenie. mam rzeczy nadprogramowe. mam Wi., mam datę ślubu, mam gdzie po ślubie z nim mieszkać. mam świetne warunki do nauki w kierunku, który mi się podoba, który jest związany z tym, co chcę robić w przyszłości. żyją moi rodzice, mam rodzeństwo. mam rzeczy materialne, które ułatwiają życie.
nie wiem skąd ten smutek. nie rozumiem go. Szef nie uprzedzał, że coś takiego przyjdzie. zaczął nagle spełniać wszystkie moje marzenia i nagle, nie odbierając mi ich, dopuścił smutek. płacz, jakiego dotąd nie znałam. bez przyczyny. nawet tradycyjne trudne dni, nie mają z nim nic wspólnego. chciałabym beztrosko śmiać się, chodzić na spacery, robić głupie rzeczy. czuję jednak, że to nie jest możliwe. że już długo będę smutna. nie piszę, że zawsze, bo boję się tego, że moje słowa mogą mieć jakąś moc sprawczą.

chciałąbym być zrozumiała. gdzieś w środku mam świadomość swojego szczęścia. kocham, jestem kochana, wiem, że Szef się troszczy i ludzie, z Wi. na czele też się troszczą. ale uśmiech się gdzieś zgubił. podejrzewam, że to zimowa utrata zdolności do uśmiechu. ale może jeszcze przed wiosną wróci ta zdolność? chciałabym.


aniele boży, smutna ulinka
jak z zapałkami biedna dziewczynka
zimno jej w zimie, słońca za mało
serce ulinki śmiać by się chciało

a śmiać się nie umie, łzy tylko płyną
smutną się staje ulinka dziewczyną
z dnia na dzień bardziej humor się psuje
niech anioł przyjdzie i uratuje

bo uśmiech ulince bardzo potrzebny
choć nie uważa by płacz był haniebny
lecz bez przyczyny jest niezrozumiały
aniele daj mi choć uśmieszek mały