sobota, 29 sierpnia 2015

brak wsparcia

odczuwam brak wsparcia. cyniczna mina, uśmieszek pełen niedowierzania. ciekawe jak długo wytrzymasz. ciekawe kiedy coś kolejnego napiszesz. nie potrafię się zdystansować. jeśli coś mi się podoba - chwalę i się jaram. jeśli mi się nie podoba wieszam psy. jeśli widzę sens i szanse powodzenia - dopinguję. chyba że bardzo zazdroszczę to milczę.

nie wszyscy milczą. a jak milczą to straszliwie wymownie. jestem wypełniona lękiem, ale i jakąś wbrew sobie wciąż podtrzymywaną motywacją. może właśnie to jest czas, kiedy znalazłam coś swojego? nie wiem. mam nadzieję.

aniele boży wspieraj proszę
to że każdego dnia podnoszę
głowę do góry i chcę coś robić
nie pozwól złemu mnie dziś dobić

środa, 26 sierpnia 2015

już za momencik.

przed chwilą zaczynałam. początki były różne. raz cieszyły jak nie wiem co. innym razem obnażały najciemniejsze sfery. później było trochę strachu, ale więcej nadziei i ulgi. z czasem wszystko stawało się bardziej zrozumiałe, by w końcu dojść do tego momentu. już za 6 dni będzie jej pierwszy dzień. będzie kilka godzin zupełnie beze mnie. z kochaną panią K. i dziećmi w różnym wieku. będzie uczyła się wszystkiego co należy wiedzieć. bo podobno to właśnie z przedszkola wynosi się najważniejsze umiejętności. znowu zaczynam. znowu dni będą miały ustalony rytm. może będzie łatwiej. może trudniej. kto wie. zobaczymy.  ale jestem dobrej myśli. w końcu ma swojego anioła stróża. niech jej broni w dzień i w nocy. 

aniele boży przedszkolaka
lepiej czuwaj 
bo będzie draka.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

27

już jutro. minie kolejny rok. pamiątka początku. zdziwienie, że to tak dawno.

ostatnio przychodzi dużo myśli. o życiu. o przemijaniu. o pamięci. o starości. o zmianach. o dzieciach. o dojrzewaniu. o rodzicach. każdą myśl chciałabym rozwinąć. opisać jak się we mnie pojawiła, skąd przyszła, w co się przerodziła. ale nie mogę się zmobilizować. zorganizować. odkąd publikowałam tu coś ostatnio zmieniło się wiele: jest kolejny człowiek w rodzinie. mieszkamy w nowym miejscu. pan Wi. pracuje gdzie indziej.
dużo zmian. jutro zmiana. czy to będzie jakiś przełom? nagle zacznę myśleć w inny sposób, bo już bardziej niż 20+ będę pod trzydziestkę? zastanawiam się co, poza chyba oczywistym skojarzeniem z Forever 27, przychodzi mi do głowy na myśl o moim nowym wieku.  jakiś strach, podsumowanie, porównywanie. dziwne, bo to nawet nie jest okrągła rocznica.

chciałam rozwinąć ten wątek, ale gdzieś uleciały słowa, które już wcześniej układałam w głowie.
właśnie to ostatnio dzieje się po wielokroć. siadam by przelać myśli i nic z tego. rozmywają się, odchodzą. albo przestają wydawać się tak istotne by je zapisywać.

wszystkiego najlepszego bym chciała. i weny. zdolności zatrzymywania tych ulatujących myśli. koncentracji. mobilizacji i zorganizowania.

aniele boży
to rok kolejny
ula się trwoży
i krok ma chwiejny
pomóż być dzielną
i dziarsko stąpać
mieć wiarę w niebo
we łzach się nie skąpać
daj radość we dnie
i spokój w nocy
i zawsze stój przy mnie
ostojo pomocy

czwartek, 22 stycznia 2015

trochę smutku, trochę nadziei

takie mam potwornie silne wrażenie, że mam o czym napisać i muszę to zrobić teraz, bo ucieknie.

smutek bycia niewidzialną. czy może raczej takiego poczucia, że nie obchodzę. a jak już obchodzę to też nie dobrze, bo sie ktoś przejmuje i ma nerwy. i jeszcze to, że nie rozumiem znaczeń i nie potrafię formułować zrozumiałych zdań. to wszystko rzeczy dziś ważne. dziś mnie zdefiniowały, jako kogoś kto sobie nie radzi z rzeczywistością. nie przyjmuję tego, kim jestem, z kim żyję, z kim rozmawiam. niektórzy myślą, że nie rozmawiam, bo nie otwieram ust tylko składam litery. to podobno powszechnie nie jest uznawane za rozmowę. przynajmniej tak zrozumiałam to kiedyś z pewnej dyskusji. 

nie zależy mi na tym, by cokolwiek udowodnić. wiem, że najczęściej nie mam racji. upieram się jednak, że ją mam. bo mi sie wydaje, że nic innego nie mam, więc chociaż dam sobie to poczucie. posiadania. 

mieć. lubię mieć, zwłaszcza mieć za co nabywać. i dziś mam. i nabyłam książkę, a dokładniej siedem. ale jednej fragment dostępny na stronie wydawcy tak mnie poruszył, że na tę jedną czekam najbardziej. chcę przeczytać. jak przeczytam to może coś na ten temat też  napiszę, żeby nie uciekło bo będzie ważne? mam nadzieję.


aniele boży stróżu duszy
czuję że książka mą duszę poruszy


niedziela, 18 stycznia 2015

nie umiem

nie umiem kochać. została przekroczona bariera mojej tolerancji. w ostatnim tygodniu kilkakrotnie, przez zupełnie różne osoby. nie wszystkie nawet wiedzą o tym. bo po co mają wiedzieć, nawet ich nie  znam.

ale przekraczają ją też te osoby, które są najbliżej mnie.

niektóre nie mają nawet metra wzrostu. bariera mojej tolerancji w tym przypadku mierzona jest w decybelach. jęczenie, którego znieść absolutnie nie mogę. powoduje ból głowy, skurcze brzucha. przychodzą mi pomysły typu - przyśpieszyć poród po to tylko, żeby uciec z domu do domu narodzin czy szpitala. wszystko jedno, byle dalej. mimo, że bez tego stwora niespełna 90 centymetrowego żyć już nie potrafię. ale zmęczenie drugim, pewnie niespełna 60 centymetrowym daje się we znaki. ledwo chodzę, bo jakoś tak jestem zbudowana, że ucisk powoduje taki ból, że już kilka razy byłam z fałszywym alarmem na izbie przyjęć.

inne bariery mierzy się moim poczuciem odrębności. osoba, która wystawia je na próbę, z reguły ma świetne intencje - żebym nie miała tak jak ona. żebym nie czuła tego co ona czuje, kiedy patrzy na to samo. żebym nie doświadczyła tego, czego ona musiała doświadczać. jak się sprzątnie to będzie lepiej. jak się zdejmie dekorację świąteczną to od razu wszystkie problemy znikną. jak się pozmywa to konflikty się rozwiążą. jak się zwróci dziecku uwagę tak, że się zamknie w sobie na kilka godzin to  się nauczy i będzie spokój. jak się wyprzedzi czyjeś oczekiwania to się będzie pogłaskanym i wszystko inne zamiecie się pod dywan. ważna jest warstwa zewnętrzna. tyle tylko że to nie są moje potrzeby, tak mi się przynajmniej dziś zdaje. nie potrzebuję, żeby te wszystkie rzeczy, które mi się narzuca byłyby mi do szczęścia niezbędne.  ja mam inne oczekiwania, mam inne metody, mam inne potrzeby. przede wszystkim potrzebuję sama decydować kiedy, jak i dlaczego coś robię. potrzebuję czuć, że biorę odpowiedzialność za swoje życie, w przeciwnym razie natychmiast zamieniam się w 10 letnią posłuszną podporządkowaną dziewczynkę, trochę ubezwłasnowolnioną, wesołą ale przestraszoną przy każdej decyzji jaką miała podjąć - decyzji dotyczącej pracy domowej, ubrania do szkoły, wyjścia do koleżanki czy czegokolwiek innego.  przypomniałam sobie, że wolałam wcale nie zrobić pracy domowej niż zrobić ją źle. dlaczego? myślę że może to mieć swoje źródło w takim zdarzeniu: któregoś razu w 1 klasie, mama odprowadzała mnie do szkoły i tuż przed wejściem przypomniała sobie, że nie sprawdziła mi w domu ćwiczeń. wyjęła je, okazało się, że jest źle i mama wytarła gumką wszystkie odpowiedzi i wpisała (udając dziecinne pismo) poprawne rozwiązania. a może to co innego było przyczyną, a to nie ma związku.

moje poglądy też czasem wydają się krzyczeć o swoje. czytam o czyimś zdaniu na temat spraw mniej lub bardziej publicznych i szlag mnie trafia. czasem dlatego, że wydają mi się głupcami, czasem ślepcami a najtrudniej, kiedy przychodzi mi pomysł o to, że tak atakują moją wiarę, mój kościół, mojego Szefa. zapominam wtedy, że nie mam ich pouczać, wymagać by się zmienili, zmieniać ich siłą (perswazji czy też fizyczną). skoro z jakiegoś powodu, nie ze względu na moje zasługi, bo ich nie mam, zostałam zaproszona przez Szefa do czynnej współpracy i korzystania z Jego usług to nie dlatego, by stawiać się w pozycji sędziego i kata. jeżeli już w jakiejś pozycji mam się ustawić to w pozycji posłańca, łącznika, listonosza przekazującego dobre wiadomości. jeśli znam jakiś prawdziwie dobry sposób, to nie mogę oczekiwać, że wszyscy ją znają, jeśli sama im jej własnym życiem nie pokażę. i nie po to mam wcale pokazywać, żeby mnie widzieli. w tym mam być znakiem zapytania: w jaki sposób ta, która tych zasług wcześniej wspomnianych rzeczywiście nie ma, żyje tak inaczej niż w znany nam sposób? czyli mam żyć inaczej. nie zabijać, nie osądzać. nie wydawać wyroków. rozpuszczać własne ja we wrzątku spraw, które te moje granice naruszają.

najczęściej jednak moja bariera tolerancji i osobistej przestrzeni naruszana jest przez kogoś, kogo najbardziej bym chciała kochać bez żadnych wymagań, oczekiwań, bo to z nim mam być do końca życia, w szczęściu, nieszczęściu, chorobie, zdrowiu, biedzie i dostatku. od niego też doświadczam najwięcej wymagań i oczekiwań. tak przynajmniej ja to odczuwam. nie zauważam najczęściej, że jedno jego wymaganie przypada na listę piętnastu moich wobec niego. widzę tylko te, które są skierowane we mnie. jedna jego pretensja na sto moich. ale to jego pretensję widzę. jeden nieprzyjemny żart w moją stronę versus trzydzieści żartów z niego. ale widzę tylko ten jego żart i wymierzam karę. czasem szklanka wody w twarz, czasami "zostaw mnie, daj mi spokój", czasami cisza przez kilka godzin (choć ten ostatni sposób wg mnie jest trochę jak nagroda, więc stosuję najrzadziej).

chciałam opisać swoją frustrację i cierpienia i jak zwykle po przeanalizowaniu sprawy wyszło na to, że Szef oczekuje czego innego. tego o czym już wspomniałam. tego, że przyjmę od niego zdolność akceptowania tego co mnie spotyka. akceptowania tych naporów na moje granice. akceptowania wreszcie tego rozpuszczania się, znikania na rzecz innych zamiast wrzeszczenia o swoje. i wbrew temu czego się spodziewałam, orientując się, że w tę stronę zaczyna zmierzać ten tekst - jestem wdzięczna. bo widzę, że nie umiem, ale dzięki temu wiem też, że to nie ja, ale Szef da mi tę zdolność - kochania, akceptowania, rozpuszczania, znikania, żeby inni mogli istnieć, czuć, że żyją, czuć się akceptowani i kochani. przez Szefa.

aniele boży bardzo dziękuję
że w dobrą stronę myśl mą kierujesz
że to nie ja sobie dodam oddechu
lecz zrobi to dla mnie Szef wszystkich szefów.



niedziela, 2 listopada 2014

dzielenie samotności

samotność. ciagle odczuwalna. nie zawsze uświadomiona. jestem sama wobec mojej słabości, moich odczuć, przede wszystkim poczucia wartości. sama wobec moich strachów. wyobrażeń. 

samotność to nawet nie bycie samemu. bo ciągle ktoś jest i szepcze: jesteś sama. tak do niczego, że nikt z tobą nie chce przebywać. tak beznadziejna, że nawet zadań, do których cię stworzono nie umiesz wypełnić. 

samotność to kłamstwo. bo tak naprawdę zawsze jest On. większy od wszystkich frustracji, bólów, lęków. poznał je wszystkie. odrzucony, nierozumiany, wyśmiewany. zasmucony śmiercią przyjaciela, przerażony świadomością własnej śmierci. smak bólu poznał aż zbyt dokładnie. udręczony. lecz sam dał się gnębić. żebym ja mogła dziś wszystkie te samotności dzielić z Nim. 

aniele boży wierzyć daj
że On cierpieniem przywrócił raj
że ze mną jest w każdej samotności
bym kiedyś w tym raju mogła gościć
On smutkom i bólom sens nadaje
gdy tylko Jemu się je oddaje


sobota, 1 listopada 2014

złość miłość oślepia

świat w którym najważniejsze newsy to comming-out szefa wielkiej firmy i zdjęcia w strojach czy makijażach umarlaków. to nie jest moje miejsce. czuję, że nie pasuję, że moja natura się buntuje. nie mam miłości dla tych wszystkich, którzy dali się oszukać: marketingowi? mainstreamowi? uważam za głupców tych, którzy wchodzą w zabawianie się wizerunkami śmierci. którzy potrafią cieszyć się z tego, że na twarzach wymalowali sobie czy swoim dzieciom czaszki lub krwawiące rany. za dużo jest naprawdę umierających i krwawiących, by tak beztrosko, nazywając tylko zabawą wchodzić w wykrzywianie znaczeń. jednocześnie też każdą publiczną wypowiedz w negatywnym tonie na temat czy to halloween czy to comingoutu nazywa się od razu brakiem szacunku i pokory.
 ok, to nie świat cały ma być solą. i ta sól ma sie rozpuścić, zostawić smak i zniknąć. jednak nie mam jeszcze tyle odwagi by dać się zabić. zwłaszcza tym, którzy swoje wypowiedzi bezpośrednio wymierzają w mój kościół, mojego Boga, moje wartości, a sami jeszcze niedawno z tego kościoła, tego Boga i tych wartości korzystali, jakby to był automat z napojami. chciało im sie pić to wzięli, dziś wierzą, że tego nie potrzebują to wyliczają, że napoje za zimne, a automat za wielki i w przejściu przeszkadza. chcę mieć dla nich miłość, jestem słaba wobec własnej pokusy bycia mądrzejszą od nich. mam nadzieję, że kiedyś to wszystko mi się rozjaśni. 

aniele co od Boga
coś szepczesz też do pogan
i do mnie nie zapomnij
gdy trzeba mnie upomnij
bym zamiast sędzią była
z miłości cierpliwa. 



niedziela, 19 października 2014

optyka

pozostawić za sobą poczucie odrzucenia i niemałej krzywdy. nie zapamiętywać powtarzających się sytuacji, w ktorych czuję się traktowana jak małe, niewiele rozumiejące dziecko. nie analizować tysiąc razy czterech zdań wysłanych przez kogoś bliskiego, komu chciało się pomóc, a kto zareagował atakiem. akceptować upokorzenia ze strony tych, na których mi zależy. kochać ich takimi jakimi są. nie próbować oceniać ludzką miarą. wybaczać. 

aniele boży 
daj szczyptę pokory
bym mogła nie chować 
się za pozory



piątek, 19 września 2014

lek na lęk

no co? nic się nie zmienia. nie ma że hej i same wzloty, jest super i cudnie. bo gdyby tak było, byłoby za słodko. świat się wali pięć razy dziennie. doświadczenie własnej słabości, smutku i bezradności wobec sytuacji i relacji, przygniata z częstotliwością przynajmniej taką, jakbym była dorastającą nastolatką. to trochę frustrujące, biorąc pod uwagę fakt, że zaraz mam być już fest matką polką, z przysłowiową parką. i jeszcze może byłoby to jakoś znośne, gdyby nie to, że nie są to typowe wahania nastrojów, związane ze zmianami w organizmie. przynajmniej już dawno przestały tak wyglądać. teraz już weszłam w fazę okropnego, permanentnego przestrachu. lęk o to co przyniesie dzień rozwiązania. lęk, który potwornie wiąże. ręce i umysł. odbiera zdolność do działania i racjonalnego myślenia. jest tylko wszechobecne a co jeśli...? naprzemienne z nie, nie dam rady, nie poradzę sobie. i te wszystkie super złote rady i pocieszenia. nic nie dają, jeszcze bardziej denerwują. wbijając się jak szpila w mózg. przypominają się w najmniej porządanym momencie. i odbierają resztki spokoju w końcówce dnia. albo wręcz w środku nocy. zamiast dać odpocząć, zasnąć to budzą i straszą, porównują z innymi. i nie dają się cieszyć cudzymi radościami. nowe dzieci, nowe drogi. nie cieszą. tak. jesienny sezon niecieszenia.

aniele boży
czas już położyć
głowę do spania
i nie narzekania 

lecz strachów dużo
co spokój burzą
proszę aniele
jest ich za wiele

oddam połowę
by skłonić głowę
choć chwilę odpocząć
i dzień móc rozpocząć










czwartek, 14 sierpnia 2014

namysł

zastanawiam się od 3 minut nad założeniem bloga typu jestem matką, a ponieważ to bardzo oryginalne, piszę ile moje dziecko zjadło obiadu lub jakimi zabawkami się bawi. dodałabym co trzeci akapit słowa montesoriański albo sensoryczny i pewnie miałabym miliardy czytelniczek (wybaczcie to uogólnienie, ale błagam, faceci, którzy czytają blogi parentingowe są chyba wciąż w mniejszości). pod każdym postem miałabym komentarze o treści: dzięki, zajrzyj do mnie czy jesteś super, nikt tak nie ujął jeszcze tej sprawy w tak wspaniały sposób. ewentualnie co jakiś czas wywołałabym burzę i budziłabym reakcje zbliżone raczej ku: do tej pory czytałam z zapartym tchem, ale jak możesz traktować swoje dziecko w ten sposób? jesteś zmęczona? weź się w garść dziewczyno, dziecko to największy dar, widać na niego nie zasługujesz. nie byłoby już mnie jako mnie, tylko dziś zjedliśmy, namalowaliśmy, poszliśmy, zrobiliśmy kupę, samodzielnie zjedliśmy kaszkę z bananami.
wiem. jestem niesprawiedliwa. wiele z przedstawicielek rodzicielskiej blogosfery, to jednak kreatywne i myślące istoty, które mają dystans do siebie i swojej roli. ale taka już jestem, że wydaję wyroki zanim jeszcze skończę przeglądanie materiału dowodowego. i chyba też dlatego, z góry, pomysł blogowania stricte jako matka zdecydowałam się odrzucić. temat wyśmiać, a blogerkami choć troszeczkę wzgardzić.

zastanowienie przyszło, ponieważ coraz bardziej upodabniam się do matki polki. ostatnio po chyba pół roku zakończyliśmy proces kupowania nowego wózka, zawsze w sklepach odzieżowych zatrzymuję się w działach dziecięcych, chodzę po raz kolejny do lekarzy częściej niż kiedykolwiek w życiu. mój brzuch rośnie po raz drugi, tym razem tylko brzuch i to bardzo powoli, ale jednak rośnie. ale chyba jednak kolejnego bloga zakładać nie będę. komu to potrzebne. piszę aby pisać. tego co piszę nie czyta więcej niż 5 osób. nie komentuje nikt. to pisanie jest naprawdę dla mnie. jest publiczne, bo mobilizuje mnie to do pomysłowego układania zdań, tak żeby nie odkrywać zbyt wielu wątków. by nie dać się rozpoznać tak do końca. a blogi rodzicielskie to chyba jedna z bardziej ekshibicjonistycznych przestrzeni internetu. a mój ekshibicjonizm jeszcze do tego nie dojrzał, by aż tak się rozwijać.

koniec zastanowień.

aniele boży
jak to będzie
kiedy młodzieży
w domu przybędzie


środa, 28 maja 2014

dołożyć starań do pisania

do pisania o tym jak to jest ładnie doprawdy, ostatnio mobilizuję się gdy czekają dedlajny pisania zleconego.
nie żeby nic się nie działo, bo dzieje się tyle co zawsze - ciągle coś. nie ma takiego dnia, żeby się nie wydawało, że doba za krótka. choć nie. dziś jest taki dzień. i godziny płyną tak strasznie powoli, a ja taka śpiąca i zmęczona. za oknem cały dzień deszcz, dziecku z nosa siąpi, w nocy sen był przerywany tak jak dawno nie. naprawdę, o 12.30 byłam pewna że już jest 15. ani wyjść, ani spotkać z nikim, bo dałam się tej myśli, że dziecko chore więc lepiej nikogo nie narażać. ale w końcu nie wytrzymałam i z domu wyszłam, pod pretekstem, że trzeba kupić coś tam. i już idąc w kaloszach, z dzieckiem w mikrokaloszach myślałam o tym, że dawno nie pisałam, a tu od razu osiem tekstów. i to na za 2 dni. no nic. trzeba pisać. dlatego dla rozgrzewki doprawdy ładnie.

jak już skończę pisać te marketingowe teksty, to może rozpiszę się bardziej co u mnie, albo może będę miała jakieś przemyślenia życiowe. tymczasem potrzebuję motywacji.

aniele boży
muszę dołożyć
największych starań
do słownych zmagań

więc proszę mocno
daj myśl pomocną
by wyszły zdania
z tego pisania

środa, 19 marca 2014

drogi opis

od kilku płyt sieją grozę, że ostatnia płyta, że więcej nie będzie, że koniec. a tu proszę, właśnie sobie piszę słuchając singla zapowiadającego kolejną ostatnią płytę coldplay. od lat, niezmiennie z wielką miłością.

i tak siedzę i piszę. nie to tutaj. piszę znowu pod dyktando. o tym i o tamtym. dzielę się też pracą, to fajne. choć się strasznie spinam. że ma być super. że świat się zmienił i że super się nie da. że płace niegodne, a po zastanowieniu okazuje się że w sumie, nawet spoko ta zapłata. spoko tematy, mimo że płytkie to jednak czegoś się człowiek dowie szykując tekst.

wkurza może, że pisało się o kulturze, teatry, kina, wystawy. ale przecież ja już się nauczyłam swojej kwestii - słucham? wystawy, sztuka? gardzę. to o czym mam pisać, o muzeach? dajcie spokój, bliższe mi dziś mimo wszystko zupki dla dzieci i mejkapowe triki, których nigdy nie opanowałam, a tu cera już nie taka młoda.

w końcu powrót do pisania, to jak zaczynać od nowa. czyli tekst po dwuletniej przerwie jest moim pierwszym tekstem. a komplet tekstów - pierwszym kompletem. umowa pierwszą umową (z nowym nazwiskiem). umowa jest o dzieło, co nadaje moim tekstom klasy - to nie zlepki liter, tylko dzieło. jak potop czy inne nad niemnem. nudne, toporne ale ktoś jest gotów za to zapłacić, takie wspaniałe.

wracam do coldplay, bo kolejny utwór wżera się w głowę. jak to się dzieje, że od tak dawna towarzyszą mi i zawsze są w temacie? zawsze się zgadza. jak wyrastam z gitarowych ballad to nagrywają płytę z orkiestrą, jak i to przestaje wystarczać to wpuszczają powiew nowości i elektryzują elektrycznością. i wciąż pozostają tak samo moi. pasują. czemu Wi. nie dzieli ze mną tego zachwytu? może dlatego, że ja jestem bardziej emocjonalna i przeżywam ich piosenki na poziomie serca poza poziomem uszu. może dlatego że między uszami a sercem u mnie biegnie struna która łaskocze serce, gdy jakiś piękny dźwięk wpada z przestrzeni. pewnie dlatego gdy usłyszałam, jak Wi. śpiewa postanowiłam zostać jego żoną. szkoda, że śpiewa mało i po cichu. ale wystarczy.

myślę, że poza dźwiękami też teksty przemawiają do mnie. nie wiem jak jest dziś, wszystko może się zmieniać, w końcu to szołbiznes. ale nie tak dawno chris zapewniał, że jego żona jest jego pierwszą kobietą, jest jej wierny, kocha, ma z nią dwójkę dzieci (jak na ten wspomniany szołbiznes to dwoje dzieci z jedną żoną, w dodatku aktorką, to niezły wyczyn). to pewnie też to, że gdzieś przyznał, że jest wierzący. w co dokładnie to nie doczytałam (między innymi ponoć wierzy w niejedzenie mięsa, dlatego to nie on jest moim mężem, bo ja bez mięsa bym długo nie pociągnęła), w każdym razie doceniam, że nie jest wojującym niewierzącym, z szabelką próbującym zwalczyć wszystkich, którzy wierzą bardziej niż wcale. jak to powiedziała Sue - ma plus.


aniele boży stróżu chrisa
dziękuję że tyle słów napisał
co w mojej się kotłują głowie
lecz sobie mówię że ich nie powiem

a dzięki niemu śpiewać je mogę
bo moją opisują drogę
i z Szefem dialog przypominają
do serca mojego wprost trafiają


niedziela, 16 marca 2014

data


przy okazji niedzieli, obchodziliśmy kilka uroczystości z minionego tygodnia. wszystkie miały miejsce w tym samym dniu - 89. urodziny K., babci Wiś i pierwsze urodziny T. czyli mojego chrześniaka. okazje bliskie sercu, wesołe, jak dodać do nich jeszcze rocznicę wyboru papieża, to wystarczyłoby żeby nazwać ten dzień obfitym w wydarzenia. ale pamiętam, że rok temu, poza narodzinami T. (swoją drogą niezwykłymi), urodzinami babci i wyborem Franciszka było jeszcze jedno, ważne wydarzenie. odszedł tata M., którego raz czy trzy razy w życiu minęłam wymieniając krótkie "dzień dobry". i mimo, że nie znałam, to to odejście było trudne. może ze względu na okoliczności w których ta wiadomość mnie zastała (szpitalna podłoga, na kilka dni przed operacją Ha.), a może dlatego, że zawsze w takich chwilach myślę o tych co zostają. pan C. już na miejscu. wędrówka skończona, teraz już wie, jaki sens był we wszystkich zmaganiach. pewnie już spacerował z samym Szefem i omawiali całe lata, które dziś już wydają mu się pewnie kropelką. już nie dłużą się godziny i dni. bo on już jest poza czasem, jest w pełni. 
ale ci co zostają, wciąż są ograniczeni czasem. im dłużą się godziny, które teraz płyną bez męża, taty czy dziadka tuż obok. przychodzą pytania, czemu tak szybko? czemu nagle? gdzie teraz jest, bo mimo wiary wątpliwość jest naturalna. i tę naturalną wątpliwość wykorzystuje Zły. sypie sól na ranę, która została po oderwaniu tak drogiej osoby i wmawia, że to niedobrze, że on odszedł. a jednak... po dłuższym zastanowieniu, podsumowaniu doświadczeń, może nawet cudów, Anioł Stróż się pochyla i szepcze - nie wątp. On już jest w Niebie. już jest mu tak dobrze, tak bezpiecznie, tak szczęśliwie, że to lepiej. że słodka i dobra Miłość teraz go otacza bez przerwy. już nie wdziera się wątpliwość, bo przed Obliczem to już chyba ma się pewność. tam przed Obliczem już nawet Stróż niepotrzebny, bo wiary strzeże sam Szef. i takiemu Stróżowi znalazłam zajęcie. 

13.03.2014
Aniele Boży stróżu Marka
co już w Nieba zakamarkach
spędza wieczne życie 
w boskim zachwycie

ty życie całe go znałeś
ja chyba nie znałam go wcale
a jednak smutek przychodzi
że sie tak szybko dla nieba urodził

to absurd że radosc mnie smuci
to z wiarą w niebo się kłóci
bo odejść to wejść w zycie wieczne
to życia etap konieczny

dlatego sie zwracam do ciebie
skoro pan Marek juz w niebie
to ty jego stróżu Aniele
pomagaj mi byc w kosciele

budź mego Aniola gdy zaśnie
gdy sie zapomina to wrzaśnij
podpowiedz mu jak ma stróżować 
a jak walczyć zamiast sie chować

mój Anioł jest świetny lecz młody
a Zły wciąż podklada mu kłody 
i czasem pomylić sie może 
wiec moze ty nam pomożesz?

bo Marek od roku jest w Niebie 
już nie jest w tak wielkiej potrzebie
bo on juz osiągnął cel drogi
nie musi juz patrzeć pod nogi

piątek, 28 lutego 2014

jeszcze nie wszyscy

dziś urodziny miłej dziewczynki T., starszej koleżanki H.

rozmyślam nad macierzyństwem. odkąd mam córkę, urodziny są dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym numerkiem przy wieku. urodziny dziecka, to pamiątka. oddania całej swojej siły komuś bezbronnemu. zwłaszcza, jeśli uda się poród zachować bez zbędnej medykalizacji i nie są konieczne zabiegi ratujące życie, takie jak cesarskie cięcie. wtedy można mówić o nadludzkim wysiłku, całej masie bólu, czasem zniechęcenia, bezsilności. poczucia braku wpływu. poczucia samotności. oczywiście mówię o własnym doświadczeniu, choć sama nie byłam. ale czułam, że nikt za mnie nie urodzi. czułam jak bardzo jestem samotna w bólu i cierpieniu. i skupiałam się strasznie na sobie i swoich odczuciach. być może, kiedy skupia się na dziecku to przyjmowanie bólu staje się prostsze. mam nadzieję. bo chciałabym kiedyś jeszcze mieć dzieci, nie poprzestać na H. tylko dlatego, że tak bardzo bolało i tyle było przygód. myślę, że przygotowane dla nas dzieci mają prawo, by potraktować je jako warte tego wysiłku, a nie uznać, że nie mam siły i ochoty więc zrezygnuję. tak sobie to wyobrażam, że tego typu podejmowanie decyzji przez ludzi nie widzących w dzieciach żadnej wartości wygląda. oczywiście mam nadzieję, że jakieś dzieci dla nas są naszykowane i czekają na odpowiedni moment. oczywiście w rozrachunku niebieskim, bo po ludzku nie ma odpowiedniego momentu. zawsze jest za mało, za trudno, za ciasno, nie dokończone, niewygodne itd.

ludzki plan mam taki, że chciałabym być mamą wielu dzieci. jak się teraz zastanawiam, to po upływie ponad półtora roku, znów wróciła myśl o szóstce. tuż po porodzie nie chciałam mieć ani jednego więcej, ale to kwestia chyba modlitwy i tęsknoty. tak, myślę że to dobre słowo. tęsknie za tymi dziećmi których jeszcze nie poznałam. patrzę na H. jak się zmienia, ile już umie, jak dużo mówi i jestem tak szczęśliwa, że akurat ja mam możliwość widzieć te zmiany. i coś mi mówi, że jeszcze nie jesteśmy wszyscy w naszym domu. że jeszcze trochę takich zmieniających się maluchów będziemy z panem Wi. wychowywać w naszej rodzinie.

cztery lata temu szczęśliwie okazał się odpowiedni czas na narodziny T. i już dziewięć miesięcy wcześniej pewien anioł dostał swoją posadę. i dzisiejszy list, adresuję do niego. 


Aniele Boży stróżu Tosi

nie daj się zbyt długo prosić
strzeż jej dalej na wesoło
lataj nad nią wszędzie w koło
nad zabawą nad rowerem
nad bieganiem nad spacerem
bądź tuż nad nią gdy coś zbroi
niech przepraszać sie nie boi
bądź tuż obok gdy sie śmieje
bądź po prostu przyjacielem
prowadź aż pod nieba bramy
nigdy nie daj czuć się samej
niech wie dobrze że tam w górze
zawsze ma Anioła Stróża

piątek, 13 grudnia 2013

przejście do życia

człowiek, kiedy umiera podobno często wygląda jakby po prostu zasypiał. nie wiem jak wyglądała B. w chwili swojego odejścia. w pamięci zostanie mi jako miła starsza pani, z krótko ostrzyżonymi włosami, ubrana w długą spodnicę i sweter. Szef postawił nas w jednym momencie obok siebie. dostałam ją w prezencie. popatrz, to jest pokolenie twoich rodziców, no, nieco starsza, możesz mieć z nią relacje. dlaczego nie mialabyś mieć jej ze swoją mamą? pełna ufności, wiary w dobro, z radością korzystająca z technicznych nowinek. nie wiem czy bała się odchodzić, ani czy długo chorowała. wierzę, że już jest u celu. już odpoczywa. już wie, o co w tym wszystkim chodzi. już doświadcza i widzi to w co ja staram się codziennie wierzyć. już jest otulona Miłością. 

myślę o tym i jestem wdzięczna. jakiś czas temu w czasie pogrzebu, na którym miałam okazję być J. powiedział że te wydarzenia są dla nas niezwykle cenne, bo pokazują nam co tak naprawdę jest ważne. i faktycznie tak jest. nie chodzi o to w życiu, żeby się najeść, żeby było prosto, łatwo, przyjemnie. mimo, że tak mi sie czasem wydaje na skutek oszustw, którymi daję się omamić. tu chodzi o coś więcej. chodzi o to by przyjąć, że Ktoś mnie kocha, pozwolić by ta Miłość rozlała się we mnie. by przepełniła mnie całą tak, że zacznie się przelewać na innych. i zupełnie przestanie być istotne czy się wyspałam, czy mam się w co ubrać albo czy wszyscy już zrobili to czego oczekiwałam. wtedy życie będzie pełne.

dziś proszę krótko boży aniele
przyjmijcie B. w niebieskim kościele
szybko zanieście przed Szefa tron
niech u jego stóp ma teraz swój dom

poniedziałek, 9 grudnia 2013

cierpienie cementuje i weryfikuje

jeleń gotowy. motywacja spadła. wzrósł dół. coraz bardziej mi się nie chce. to przez zmęczenie. bo wbrew moim przemyśleniom, argumentom, osobistym chceniom przywrócono mi status osoby pobierającej nauki. trzymam to we względnej tajemnicy. tzn wszyscy wiedzą, ale nie pozwalam o tym rozmawiać. sama tez nie podejmuję tematu, z nikim, nigdzie, nawet tu. dziś jest wyjątek, bo nie mogę dojść do siebie. jedna z osób, które przekazują mi wiedzę, zaintrygowała mnie niezwykle, ponieważ odbyliśmy w trakcie przerwy rozmowę. takie tam, a dlaczego pani dopiero teraz do nas dołączyła? niby nic, ale wypłynęła ta opowieść o początkach Ha., która jest podporą całego mojego obecnego zaufania do Szefa. strasznie się wzbraniałam, żeby nie wypłynął mój system wartości, moje względy dla świętego Ducha. powiedziałam tylko, że takie przeżycie weryfikuje poglądy i spojrzenie na ludzkie życie. zaintrygowała mnie reakcja tego człowieka. poczułam, jakby myślał tak samo. przytaknął mi, zasępił się po czym zapytał takie doświadczenie chyba cementuje, co? przyznałam, że owszem, że przeżywane w samotności pewnie mogłyby zabić, ale jeśli ma się z kim dzielić trud, cierpienie to jest może nie łatwiej, ale jakoś znośniej. znów mój rozmówca się zasępił, powiedział, że podziwia i kiedy powiedziałam, że z dystansu może faktycznie to wygląda jak na jakieś wielkie osiągnięcie, że się przez to przeszło ale kiedy się w tym jest, kiedy to trwa to nie ma kiedy myśleć, że to jest coś nie do przejścia, tylko się przez to przez to przechodzi. i że gdyby tego nie było wszystkiego, gdyby nie było cierpienia to ani nikt nikogo by nie potrzebował ani nie bylibyśmy tym kim jesteśmy. znów się ze mną zgodził, myślę, że nie tak grzecznościowo, tylko faktycznie zrozumiał o co mi chodzi i uznał że tak jest, lub tak zawsze myślał.

czemu mnie to tak zainteresowało? ano dlatego, że wcześniej uznałam, że jest bananowym bufonem. człowiekiem bez problemów, który ucząc w prywatnej uczelni i pracując poza tym w dobrze opłacanym zawodzie na pewno jest płytki. a w czasie tej rozmowy zauważyłam, że też ma na pewno na koncie jakieś przeżycia. i chwilę później dowiedziałam się, że przez kilka miesięcy na skutek jakiegoś wypadku nic nie widział i żył w ciemnościach. a kiedy wróciłam do domu, poszperałam w sieci i dowiedziałam się że w jego życiu jest mnóstwo dobra, sukcesów, oznak wspaniałego charakteru ale i ogrom cierpienia, prześladowania, śmierci, zadanej komuś z najbliższej rodziny. to dopiero musi weryfikować poglądy. ten człowiek na pewno wie, co to znaczy przejść przez trudy. mam nadzieję, że miał z kim je dzielić i nie był w nich sam. i że to wszystko w jakiś sposób doprowadzi do spotkania z Szefem. a może to zrozumienie, którego miałam wrażenie wypływało stąd, że już z Nim to przeżywał. mam nadzieję.

może dla tej jednej rozmowy potrzebne było to całe zamieszanie. moja niezgoda na to nie znaczy, że nie będzie z mojego powrotu żadnego dobra. tak myślę. 

aniele boży mam tak sobie marzę
by móc zrozumieć choć trochę zdarzeń
by móc zapytać choć raz jeden jeszcze
o te przeżycia od których mam dreszcze
choć to nie moje są doświadczenia
to wciąż potrzebuję ich zrozumienia
i takiej pewności że Szef w tym był z nimi
tak jak od jest zawsze z cierpiącymi
a może mam mówić że byłeś tam Boże
choć mnie mówienie najbardziej zatrważa
mówić że w moim byłeś cierpieniu
że jesteś w każdym wydarzeniu
że nigdy dzieł swoich nie zostawiasz
jesteś gdy śmieją się i gdy ktoś ból zadał
i to co zrozumieć najtrudniej chyba
ze kochasz choć po ludzku tego nie widać
bo miłość ta której okiem szukamy
jest inna niż to co od Ciebie mamy
Twoja jest wieczna wykracza za rozum
i w krzyżu mówi kocham cię zrozum





piątek, 6 grudnia 2013

rezygnacja jako czysty zysk

chwilowa rezygnacja z dobrodziejstwa internetu - fejsbuka - przyniosła mi więcej niż się spodziewałam. otóż, spod warstwy matki-Polki, która na nic nigdy nie ma czasu, chodzi po domu, ciągle sprząta i ma wieczny bałagan, nagle wylazła matka artystka, matka kreatywna, kobieta więcej myśląca niż działająca odruchami, żona gotująca nieco inny obiad od trzystu poprzednich. nie, nie chodzi o to, że matka-Polka to coś złego. raczej tylko ta jedna jej cecha - na nic nigdy nie ma czasu - sprawiała, że czułam się tą rolą już zmęczona. ale, wystarczyło kilka dni pozornie niewielkiej zmiany. no bo co może wnieść unikanie jednej jedynej strony w internecie? jest przecież tyle innych, które można stosować jako zamiennik, zwłaszcza, że fb już się przejadł i może nawet warto byłoby poszukać świeżego powiewu gdzieś indziej. no ale siła przyzwyczajenia i człowiek nie rusza tyłka z wygodnego ciepełka. swoje braki towarzyskie można załatwić paroma słowami na fb-czacie. zamiast słać wkurzającego smsa do koleżanki: co słychać? wystarczy wejść na jej oś czasu i już wiadomo. zdjęcia, statusy, linki. cały dzień można się dowiadywać co kogo bawi, czego się słucha, o czym się mówi na mieście, nie wystawiając nawet nosa za drzwi. no, można. tylko po co? po co mi milion zdjęć kogoś, do kogo się nawet nie odezwałam przez ostatni rok? nawet moje fobie społeczne nie usprawiedliwiają rozwiązania niektórych znajomości.
no, ale nie o tym miało być. miało być o rezygnacji. po co to w ogóle?
wymyśliłam sobie, że w tym roku adwent biorę na poważnie. bo takie bycie katolikiem od święta przestało mnie interesować już 10 lat temu, ale wciąż, mimo zewnętrznego zaangażowania, w środku takim właśnie katolikiem się czuję. taki bazar trochę, zachowam pozory, nie będę opuszczać niedzielnej mszy, poświęcę koszyczek, nawet pójdę na procesję, jak jakiś większy kłopot zdrowotny to to wszystko zagra na moją korzyść - Panie Boże, jestem taka pobożna, Ty mi teraz pomóż, płacę dziesiątką różańca. a ja chcę inaczej. chcę tak jak obiecali mi to ci od, których usłyszałam właśnie tę nowinę, że Kościół to Ukochana Szefa. ale że Kościół to ludzie. nie tylko starsze panie, zakonnice, zakonnicy i księża, ale też ja, wtedy nastolatka. to wspólnie przeżywający tę miłość z nieba facet po czterdziestce, kobieta na zakręcie, wdowa po przejściach, dziedziczka na włościach i trzeźwiejący alkoholik. razem. nie dzielący się na lepszego i gorszego. także, tak jak ci, którzy mi to wszystko przedstawili i obiecali, chcę znów zawalczyć o relację z Szefem. stąd przeżywany na serio czas adwentu. nie czekolada. może dlatego, że zima bez czekolady to tortura, i zamiast umocnienia wiary wzbudza same najgorsze przekleństwa. a może dlatego, że przeżywanie postanowień adwentowych na poziomie słodyczy trąci mi tym katolicyzmem siedmiolatki. tu chodzi o coś więcej niż zwykłe odebranie sobie czegoś. chodzi o zmaganie, które ma coś przynieść. a to co może przynieść rezygnacja z cukierków to tylko gubienie kilogramów, a ja już mam ich za mało. moje zmaganie polega na tym, że odbieram sobie pole do porównywania się z tymi, którzy na fb chwalą się imprezami, magistrami, ciuchami, koncertami. odbieram sobie samej pole do chwalenia się swoimi wypiekami, zdjęciami, wyczynami  i minami mojej córki, innymi cudami pod którymi liczę lajki. na przykład takim cudem czasem jest wymuskany komentarz, odpowiednio zgryźliwy lub zabawny. potem sprawdza się kto kolejny to polubił, a pycha rośnie. i rozwala tę całą świętą, katolicką relację. i z Szefem i z resztą świata. chwalić się lubię, i już widzę, jak kombinuję jak tu wpleść te wszystkie moje cudeńka, które zrobiłam w czasie, wcześniej traconym na fejsie. choć, tutaj prawie nikt nie zagląda, więc może pochwalę się dla samej siebie, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że warto podjąć zmaganie. że przynosi to naprawdę upragnione korzyści.
po pierwsze czas na gadki z Szefem. nie ukrywam, gadam z Nim dużo, zwierzam się, proszę o wiele, rozmawiam częściej niż wiele znanych mi osób. nie mam ustalonych godzin, ołtarzyka do pacierza. jak mam sprawę, to tak jak stoję, z rękami uwalanymi mięsem w czasie robienia obiadu, na spacerze, stojąc na światłach, czy leżąc w wannie. może ktoś powie - to niegodnie tak. może niegodnie. ale wtedy zwykle jest to szczere. w każdym razie, raczej nie zbiera mi się na gadki kiedy przeglądam facebooka czy inne strony. no chyba, że tylko westchnę widzisz i nie grzmisz?. a odkąd podjęłam wyzwanie, tego czasu nie tracę, i w tym czasie wzdycham częściej. na wiele tematów wzdycham.
po drugie, ponieważ nie zrezygnowałam z całego internetu, wyszukuję na różnych blogach pomysłów na udekorowanie świąteczne domu. ale tylko jakieś bardzo proste, bo plastyczka ze mnie żadna. tak trafiłam tutaj i zrobiłam kartonową gitarę jako prezent na mikołajki dla Ha. oraz najprostsze na świecie całym choinki z kartonu. jutro planuję zrobić jeszcze kartonowego jelenia którego powieszę na ścianie jako trofeum, na sam koniec adwentu.
po trzecie mam czas by dbać o dom i widzę po raz kolejny jaką sprawia mi to frajdę. zrobiłam sobie nawet dizajnerski plan tygodniowych porządków, żeby do świątecznego stołu móc zasiąść świeża i wypoczęta, zamiast wypluta po wielogodzinnym szorowaniu domu.
po czwarte mamy początek grudnia, a ja mam dokładną listę drobiazgów i większych drobiazgów jakimi uraczymy rodzinę z okazji gwiazdki. nie-na-wi-dzę kupowania prezentów dzień przed wigilią a od kilku lat robimy to dokładnie tego dnia, lub ewentualnie w samą wigilię. w tym roku mam nadzieję, że panowie kurierzy pomogą nam by wyglądało to inaczej.
i wreszcie, po piąte, choć może powinno to być jako drugie, zaraz po czasie na gadki z Szefostwem - mam zyliard czasu na spokojne, niewymuszone gadki z Ha., czytanie książeczek, rzucanie w siebie kawałkami kartek, rysowanie, przytulanie, łaskotanie... to wszystko co zawsze było super, ale przy złym dobraniu proporcji gdzieś zanikało. cały urok mojego bycia w domu brał w łeb, bo przeszkadzało mi to w... no właśnie. w niczym. w traceniu czasu. a teraz? jasne, jak piszę tekst na bloga, to mnie denerwowało 3 godziny temu, że nie mogę dokończyć przy pierwszym podejściu. ale jeśli wkurzam się bo nie mogę przeczytać czyjegoś komentarza? no błagam. jest róznica.

różnicę widać w całości. i za tę całość dziękuję.

aniele boży pilnuj mnie
któryś dzień już zmagam się
trudność rośnie z każdym dniem
ale nie chcę poddać się

przy okazji patrzę w siebie
co odciąga mnie od ciebie
Szefie widzisz, chcę być w niebie
nie opuszczaj mnie w potrzebie

tego nieba też poproszę
tu na ziemi - daj po trosze
bym już tutaj je smakować
mogła i innym darować










sobota, 16 listopada 2013

jubileusze

nie te lata. choć rozum i wola mówią: bawimy się!, to ciało wzywa: idź spać. 
zastanawiam się, kiedy minął ten czas. nagle zmiana - osiemnastki się skończyły, rozpoczęła się era 30-leci. sama do trzydziestki mam jeszcze pięć lat, więc zasadniczo nie mam jeszcze co wchodzić w gdybanie jak to jest i czy to taka sama fikcyjna granica, jak ta owiana tajemnicą osiemnastka. każdy czekał na ten konkretny wiek, a kiedy on nadszedł nic się nie zmieniło. ot, kolejne urodziny. 
przypomniała mi się taka rozmowa, z panem Wi. o dorosłości. doszliśmy do wniosku, że mimo dziecięcych wyobrażeń, że nagle któregoś dnia wszystko sie zmieni i bedziemy dorośli, ten dzień nie przychodzi. można mieć dzieci i wciąż być dzieckiem. ta cała dorosłość to kwestia brania odpowiedzialności. ale z zewnątrz nic się nie zmienia. 
i pewnie tak też sprawa ma się z trzydziestymi urodzinami. wszystkiego najlepszego Sue.

aniele boży stróżu Sue
ucz ją niebo widzieć tu
miłości w familii daj moc
a zimą otulaj ją w koc

niech w rytmie jej codzienności
sam Szef będzie stałym gościem
by gdyby się smucić zachciala
Szef mówił - "dasz radę, mała!"

a gdyby się Sue staro czuła
niech się zbyt nie rozczula 
wszak ty jesteś starszy aniele
i to o wiele. 










sobota, 26 października 2013

zmiana optyki

jak łatwo jest osądzić. wydać wyrok bez procesu. wydać i wykonać. mordować słowami, bić oszczerstwami. więzić prawdę o człowieku we własnych wyobrażeniach o nim. każdy, niezależnie od tego kim jest dziś, co teraz robi, ma swoją historię. jakieś zamierzchłe fakty z przeszłości, których zwykle nie znamy, a które niejednokrotnie determinują ich teraźniejszość. doświadczenia, które wpływają na ich zachowania, podejście do drugiego człowieka.
ja mam na koncie sporo wykonanych wyroków. ale jeden dziś nie daje mi spokoju. i choć pisałam ten post przez godzinę, kciukiem za pomocą aplikacji w telefonie i niechcący nie zapisawszy skasowałam, siedzę teraz i próbuję przywołać tę opowieść na nowo.
wyrok wykonałam na pani słonecznej. niech to będzie jej pseudonim. pragnę dziś ją przeprosić, ale nie mam jeszcze tyle odwagi, by podać jej prawdziwe nazwisko. boję się, że gdy tu trafi, zupełnym przypadkiem, przeczyta swoje nazwisko, skojarzy historię. a ja nie mam tyle pokory w tej chwili, by prosić ją o wybaczenie.
pani słoneczna, była jedną z wielu osób, wykładających na moich studiach. zajęcia z nią mieliśmy przez rok, jeśli mnie pamięć nie myli to dwa razy w tygodniu. więc spotkań było dużo. nie były to wykłady, raczej żywe zajęcia, dużo się mówiło, pisało, czytało własnych prac. od samego początku wyczuwałam jej sympatię do mnie, do tego jak pisałam. nieodwzajemnioną. aparycja pani słonecznej i jej ogólna opinia wśród grupy, sprawiały że nie miałam ochoty, na bycie kojarzoną jako jej ulubienica. dlatego choć często prosiła o moje wypowiedzi, czytałam je zawsze z wielką łaską, od niechcenia, zaczęłam przychodzić spóźniona lub wychodzić przed końcem. ponieważ w grupie było kilka świetnie piszących osób, o wiele pilniejszych ode mnie, systematycznych, słownych, terminowych, pani słoneczna dość szybko zmieniła pupila i wreszcie byłam wolna. jednak przy zaliczeniu, odbywającym się w tygodniu przed moim ślubem, okazało się, że mam problem. byłam umówiona, że zaliczenie roku umożliwi mi jedna napisana nowa praca, a resztę załatwią przyniesione przeze mnie, drukowane już w prasie moje artykuły. tymczasem, okoliczności się zmieniły. przyniesiony przeze mnie świeżo napisany tekst, na podany przez panią słoneczną dokładny temat, okazał się dotyczyć zupełnie nieciekawych rzeczy. A teksty już drukowane? po cóż jej makulatura? no co za baba. truje mi tu przed samym ślubem. proszę przynieść cztery teksty, za tydzień. osobiście. cudownie. tylko że nie ma takiej opcji. już czekały na nas bilety na nasz miodowy miesiąc. podczas wyjazdu wysyłałam teksty po omacku, zupełnie nie wiedząc, czy trafię w gusta, i próbowałam dostarczyć je mailem. to znaczy wysyłałam, po kilka razy, ponieważ dostawałam odpowiedzi, że ponieważ nie stawiłam się osobiście rok mam niezaliczony. atakowałam, co raz mniej kulturalnie, uciekając się do metod naprawdę ryzykownych, by w końcu odczytać maila: wystawiam pani ocenę dostateczną, tylko dlatego, że nie chcę mieć z panią do czynienia w sesji wrześniowej. pomyślałam, a kijek jej w oko. należała mi się piątka, a nie trója głupia babo. morderstwo. w afekcie. popsuła mi humor, więc ją zwyzywam. ulżę sobie. wyżalę się światu jaka to ja nieszczęśliwa. świat mówi - masz rację, co za upierdliwa kobieta. przy takim opisie sprawy? może się tak wydawać. po prostu wkurzająca baba, która mści się, że nie byłam taka miła dla niej jak ona dla mnie na początku roku. ot co. tak to wygląda w mojej opowieści. pewnie nieco ubarwionej momentami, przez emocjonalny stosunek do sprawy.
to czemu nie daje mi to spokoju? czemu piszę w nocy, próbując czyścić swoje sumienie przeprosinami, które pewnie nigdy do niej nie trafią?
bo dowiedziałam się dziś przypadkiem, o niebagatelnym fakcie, z życia pani słonecznej. z samych jego początków. czytając artykuł o zbrodniach władz PRL, trafiłam na informację, że gdy pani słoneczna się rodziła, jej ojciec był już więziony na Rakowieckiej. zamordowany przez aparat bezpieczeństwa przez wiele lat poszukiwany przez rodzinę, by chociaż mogli godnie go pożegnać, pochować. jedyne, co udało się w tamtych czasach ustalić, to to, że jak wielu innych, spoczywa na tak zwanej Łączce, gdzie matka małej pani słonecznej ustawiła symbolicznie krzyż. by mieć miejsce, do którego ich córka, będzie mogła przyjść i zapalić znicz, uczcić pamięć ojca. którego nigdy nie poznała.
nie znam jej życia. wiem tylko, czym się zajmuje. jednak nie sądzę, by fakt bycia córką zamordowanego w PRL-owskim więzieniu Polaka patrioty, mógł nie odbić się echem na jej późniejszych losach. na tym jak patrzyła na ludzi, na władze. jak dorastając w Polsce Ludowej patrzyła na swoich kolegów. jak podejmując pracę patrzyła na swoich przełożonych. wreszcie jak podchodziła do swojej pracy ze studentami. być może moja sprawa nie miała żadnego związku z jej przeszłością. a może w dniu, w którym mnie egzaminowała pokłóciła się z kimś i sprawa jej dzieciństwa nie ma tu nic do rzeczy. niemniej jednak, to nowe spojrzenie na tę kobietę, pozwoliło mi dziś napisać o moich wyrokach. być może przez to, co opowiadałam na korytarzu, jak mnie denerwuje, zamknęło czyjeś serce na nią. może to jak opowiadałam tę historię o moim zaliczeniu, wpłynęło na zwielokrotnienie wyroku na pani słonecznej - złośliwe babsko - tak ją odbierają pewnie wszystkie osoby którym o niej opowiadałam. mam nadzieje, że czytający ten dzisiejszy tekst, doczytają go do końca i powstrzymają się od miażdżącej panią słoneczną decyzji o wyroku. jeśli chodzi o mnie, być może, jeśli zdobędę się na odrobinę pokory, by przyznać i przed samą panią słoneczną, że tak źle ją potraktowałam, uda mi się z nią skontaktować. lub przynajmniej zapisać tu jej pełne prawdziwe imię i nazwisko. dziś jeszcze brak mi pokory i odwagi.

aniele boży
tak trudno się korzyć
przed drugim zranionym
upokorzonym

proś Szefa o łaskę
niech da mi odwagę
bym zrzuciła maskę
skończyła złą sagę



czwartek, 24 października 2013

jeszcze późno czy już wcześnie

późne wstawanie mi nie służy, choć bardzo je lubię. wylegiwanie się w łóżku, łapanie jeszcze tylko kilku minut. a jednak wpływa to na całą rodzinę. jeśli przedłużam poranek do południa, automatycznie przestawiam też małą Ha., która śpi dokładnie wtedy kiedy ja przez to ona nie ma drzemki w dzień, a wieczorem pada dopiero bliżej północy. nie wiem na ile to prawda z tym, że dzieci w nocy rosną, ale w legendę o tym, że najbardziej wartościowy jest sen przed północą ze względu na syntezy melatoniny czy czegośtam - od niedawna zupełnie szczerze wierzę. dlatego po raz kolejny, idąc spać po 2, uroczyście obiecuję, że jutro wcześniej wstanę i wcześniej pójdę spać. 

aniele boży nocny stróżu
daj mi snów pięknych dużo 
lecz w porze wschodu gdy niebo w różu
niech sny planu dnia mi nie burzą

bo plan mam wspaniały na dzień od rana
więc muszę dziś sny swe przyspieszyć
gdy słońce wzejdzie już będę wyspana
a mąż mój tym będzie się cieszyć